reklama

Zdążyć przed Bogiem

Przez Niemców uważani byli za zwierzęta całkowicie wyzute z człowieczeństwa. W zasadzie można było nimi dowolnie rozporządzać. Grupowano ich w zamkniętych i strzeżonych skupiskach, by potem masowo eksterminować. Właściwie przerażająco analogicznie do współcześnie podejmowanych akcji „regulacji populacji zwierzyny”. W 1942 hitlerowcy rozpoczęli likwidację żydowskich gett, wywożąc ich mieszkańców do obozów zagłady. Wśród Żydów byli również żołnierze i oficerowie Wojska Polskiego. Jak się jednak szybko okazało, te widziane niemieckimi, opętanymi demonicznym nazizmem, oczyma „zwierzęta”, zachowały głęboką świadomość własnej godności i człowieczeństwa. To właśnie o tę tylko prawdę postanowili z całych sił bohatersko walczyć i wprawić w osłupienie cały świat, włącznie ze swymi okrutnymi oprawcami…

Dokładnie 74 lata temu, 19 kwietnia 1943 roku, w likwidowanym getcie warszawskim wybuchło największe powstanie żydowskie. Uzbrojeni jedynie w broń ręczną Żydzi zrzeszeni w strukturach Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB) i Żydowskiego Związku Wojskowego (ŻZW) heroicznie stawili czoła regularnej, najlepszej wówczas na świecie, armii niemieckiej dysponującej karabinami maszynowymi, artylerią i czołgami. Po miesiącu walk, osamotnieni Żydzi zostali pokonani, a getto zrównane z ziemią. Od samego początku to jednak nie na tym froncie liczyli na swoje zwycięstwo. Wygrali gdzie indziej. Tak, jak zakładali…

Głównym celem, jaki przyświecał działaniom żydowskich powstańców, było udowodnienie własnego człowieczeństwa. Chcieli pokazać swoim oprawcom i całemu światu, że wbrew niemieckim rojeniom oraz kłamstwom, byli, są i do samego końca pozostaną ludźmi, a nie zwierzętami. Ludźmi zdolnymi do podjęcia heroicznego wysiłku, czy wreszcie do ofiary z własnego życia. Walczyli nie tyle o zwycięstwo, które słusznie uznawano za nierealne i iluzoryczne, ale o godną i w pełni świadomą śmierć, nad której wyborem mieliby władzę.

Doskonale ilustruje to znakomita pozycja Hanny Krall, „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Utwór stanowi zapis rozmów prowadzonych przez autorkę z Markiem Edelmanem – ostatnim przywódcą powstania w getcie, zastępcą komendanta ŻOB i powojennym kardriochirurgiem. Tematem jest, rzecz jasna, martyrologia Żydów w czasie II wojny światowej szczególnie akcentująca motyw heroicznej walki powstańczej z kwietnia 1943 roku. Autorka mówi: „Zdążyć przed Panem Bogiem nie jest książką historyczną (…). Jest książką o ludziach w sytuacji ostatecznej, o tym, co człowiek może zrobić ze swoją śmiercią i ze swoim życiem”. Wymowny jest już sam tytuł dzieła. W odniesieniu do rzeczywistości wojennej należy go odczytywać, jako możliwość wyboru rodzaju śmierci na czas. Ci, którym się to udało, uniknęli Umschlagplatzu, czy rozstrzelania. To między innymi ludzie ginący przez zażycie cyjanku, luminalu, na skutek skoku z wyższych pięter budynków. To również niemowlęta duszone poduszkami – dla nich rodzaj śmierci wybierali lekarze i pielęgniarki przy aprobacie matek. Edelman w temacie takiego postępowania brutalnie i jasno mówi: „Chodziło przecież o to, żeby się nie dać zarżnąć (…) Chodziło tylko o wybór sposobu umierania”. Warto w tym miejscu wspomnieć o specyficznej kompozycji utworu, która oparta jest na funkcjonowaniu dwóch płaszczyzn i perspektyw czasowych. Jedna dotyczy czasów wojny i eksterminacji Żydów, natomiast druga – współczesności, a więc lat powojennych, gdy Edelman pracował jako lekarz. Tego rodzaju zabieg uzasadniony jest tutaj niemożnością sztucznego oddzielenia przeszłości od teraźniejszości, bo „pamięć ludzka jest niesłychanie zagmatwana, bardzo dziwna, rzadko logiczna i prosta”. Stąd utwór cechuje chaotyczność i brak wyraźnie zarysowanej chronologii. W odniesieniu do rzeczywistości powojennej tytuł dotyczy więc stricte pracy Marka Edelmana i wiąże się ze swoistym „wyścigiem” ze śmiercią, z Panem Bogiem, jaki każdorazowo prowadzą lekarze. Walka o ludzkie życie często prowadzona jest za wszelką cenę. Lekarze dążą do tego, by przedłużyć życie pacjenta, chociaż na krótką chwilę. To w gruncie rzeczy walka z wyrokami Boskimi: „Pan Bóg już chce zgasić świeczkę, a ja muszę szybko osłonić płomień, wykorzystując Jego chwilową nieuwagę. Niech się pali choć trochę dłużej, niż On by sobie życzył”. Ukazana jest tutaj piękna ciągłość walki Edelmana, która nie skończyła się dla niego wraz z 1943 rokiem: wtedy walczył jedynie o godną śmierć dla siebie i swych towarzyszy, o własne człowieczeństwo, zaś teraz niejako wchodzi po części już na wyższy poziom walcząc także o życie, a niekiedy nadal pozostając na etapie walki tylko o godną śmierć swych pacjentów. Dobrze oddają to słowa: „Kiedy się dobrze zna śmierć, to ma się większą odpowiedzialność za życie. Każda, najmniejsza nawet, szansa życia staje się bardzo ważna”.

Powstańcy walczyli także za innych, za tych, których już w bestialski sposób uśmiercono. Edelman, przestrzegając jednocześnie przed pochopnym wartościowaniem i oceną postaw, mówi: „To jest straszna rzecz, kiedy się idzie tak spokojnie na śmierć. To jest strasznie trudniejsze od strzelania. Przecież o wiele łatwiej się umiera, strzelając – o wiele łatwiej było umierać nam, niż człowiekowi, który idzie do wagonu, a potem jedzie wagonem, a potem kopie sobie dół…”.

Jednocześnie relacja Edelmana pozbawiona jest patosu, a bohaterowie wojennych wydarzeń są poddawani deheroizacji. Sprzeciwia się wobec mitologizacji rzeczywistości, widzi szkodliwość takiego działania. Zdaje sobie sprawę, że w ten sposób powstają jedynie legendy o ich bohaterskiej walce. Jednocześnie jest świadom społecznego zapotrzebowania związanego z chęcią uwznioślenia śmierci osób, które zginęły w getcie. Sam reportaż Hanny Krall przedstawia jednak tylko rzeczywiste, niemalże suche fakty. Nie ma tu elementów silenia się na strojenie wydarzeń w nadmiernie heroiczne szaty. Stąd można odnaleźć zarówno relację o bohaterskiej śmierci Michała Klepfisza, który własnym ciałem zasłonił karabin maszynowy, aby powstańcy mogli bezpiecznie przedostać się w inny rejon getta, jak i wspomnienie dzieciństwa Mordechaja Anielewicza (komendant ŻOB, który popełnił samobójstwo w otoczonym przez Niemców bunkrze), kiedy to malował skrzela rybom, by wyglądały na bardziej świeże, a komendantem powstania został, ponieważ sam bardzo chciał nim być. Jest to więc nadzwyczajna w zwyczajności opowieść o zwykłych ludziach, którzy w określonej rzeczywistości zdecydowali się na aktywną walkę. Następnie pokazali, że naród skazany na zagładę nie podda się bez walki, a jeśli losem niewinnych ludzi jest umierać, to będą ginąć na oczach świata.

Warto dziś sięgnąć do książki autorstwa Hanny Krall, oraz do znakomitych „Rozmów z katem” Kazimierza Moczarskiego. Niech te i inne publikacje, relacje, świadectwa, pomogą nam zatrzymać się w namyśle nad losem ludzi, którzy musieli walczyć z całym światem o to, by za ludzi wreszcie zostać uznanymi… Pamiętajmy o ich ofierze, bohaterstwie, niezwykłej determinacji i odwadze, ale także i o tym, że ich śmierć, zgodnie ze słowami Edelmana, najczęściej pozbawiona była patosu. Ludzie umierali, ginąc przypadkowo, z głodu, lub w wyniku świadomej decyzji. Odnieśmy tamte wydarzenia do rozgrywającego się współcześnie dramatu. Na jak wielu frontach współczesny świat milczy dziś tak, jak milczą umarli? Jak wielu niewinnych, wciąż musi toczyć nierówny bój o własną godność i  człowieczeństwo?

Doskonała adaptacja „Rozmów z katem” Kazimierza Moczarskiego ze znakomitą rolą Piotra Fronczewskiego:

 

https://www.youtube.com/watch?v=oSYPWYTw8j0

Sylabariusz

Sylabariusz

Komentarze (0):

facebook