reklama

Żywa Woda - bajki c.d.

 

A było to tak. Róża poszła do Józefowej na odrobek, za tę mąkę, co im Józefowa dała na przednówku. Cały dzień w znoju: gęsi pasła, pole pieliła, wodę ze studni dla bydełka nosiła. W końcu, przed wieczorem Józefowa Różę zawołała, mleka w cebrzyk nalała, kazała wracać do domu. Idzie Róża drogą, cieszy się z mleka, które do domu przyniesie (bo tam jeszcze dzieciaków wiecznie głodnych czworo było), aż tu drogę zastąpiły jej te wyrostki! Sześcioro. Niewiele starsi od niej: Wojtek, Aniela, Lucek, Olek, Ulka i Grzesiek od sołtysa. Zaczęli bić, dokuczać, wyzywać, kamieniami rzucać, przedrzeźniać, a dręczyć. Prosiła, żeby zostawili ją w spokoju, ale to ich jeszcze bardziej podjudziło, próbowała się bronić, ale co jedna dziewczyna może przeciw takiej bandzie? Kamień rozciął jej głowę, upadła, krew popłynęła serdeczna, mleko z wywróconego cebrzyka białą strugą na drodze się rozlało…

– A byście się w kamień obrócili, bo serca i tak kamienne macie – krzyknęła i łzami gorzkimi zapłakała. Czy w złą godzinę te słowa wypowiedziała? Czy boska cierpliwość nad nimi się wyczerpała? Wicher się zerwał, nie wiedzieć skąd zawiał. Zagrzmiało. Jakby anieli po niebieskim moście beczki toczyli. Przez chwilę ciemność przykryła ziemię. A potem ucichło wszystko… Patrzy Róża: nie ma już złych dzieci. Cicho. Pusto. Tylko skąd się tu wzięły te dziwne kamienie?…

– O Boże, Boże litościwy! – przeraziła się. Zrozumiała. A od wsi głosy słychać było: to Antkowa woła do domu Anielę, to Szczepanowa woła do domu Wojtka i Lucka, to Marcinowa woła do domu Ulkę, to stara Jambrożowa woła do domu Olka, to Sołtysowa woła Grześka.

– Boże litościwy, co im powiem? Jak tym matkom spojrzę w oczy?… Zaklicina. Tak, stara Zaklicina, zielarka, ona jedna pomoże… – szepnęła Róża i pobiegła w stronę chaty pod lasem. Słońce zachodziło krwawo ostatnią smugą na niebie.

– Zaklicino, Zaklicino, com ja narobiła, ratuj!

Chałupa Zakliciny jak zawsze jest pełna mroku: od ziół, od lasu ciemnego, od małych okien wiecznie zadymionych.

– Ty, jak ty, Różo. Ty jak ty. Nic się na świecie nie dzieje bez boskiego wyroku.

Stara Zaklicina, na krzywym stołeczku-trójnogu u ognia siedzi, gałązki chrustu pod kuchnię podkłada, blask z paleniska jej siwe włosy pozłaca.

– Ale oni tam… Ale matki…. Jak ja im Zaklicino w oczy spojrzę? Co im powiem?… Musi być jakaś rada.

Dziewczyna uklękła przed starą. Nogi jej obejmuje, w oczy błagalnie patrzy:

– Musi być jakaś rada. Ratuj, babko Zaklicino, ratuj!

– Rada jest jedna: miłosierdzie boże, lecz żeby je ubłagać trza pościć i nie pić, bez wody, bez jedzenia, po Żywą Wodę na koniec świata pójść, pokutę odprawić.

Zaklicina swymi zimnymi, aksamitnymi rękami (takie ręce mają tylko bardzo starzy, bardzo dobrzy ludzie) gładzi włosy Róży, gładzi jej policzki.

– Nie na ciebie ta droga, maleńka, nie na twoje siły.

– Ale tam matki, Zaklicino, matki przeze mnie, przez moje słowa w gniewie powiedziane, płaczą. Jak-gdzie szukać Żywej Wody? Dokąd iść, w którą stronę?

– Idź prosto, brzegiem pradoliny Wisły. Idź, jak fale płyną. Musisz przejść przez lasy. Musisz przejść przez bagna. Przez rzeki, co zastąpią ci drogę. Przez topieliska. Wśród ludzi złych i dobrych, hojnych i chciwych. Hen, hen, zobaczysz krainę całą w kwiatach wiśni, w tej krainie, na wysokiej skarpie – zamek o trzech wysokich wieżach: dwóch okrągłych i jednej kanciastej. W zamku, na dziedzińcu, tam gdzie się cykoria niebieści w trawie jest zagłębienie i starożytne ruiny. Tam kiedyś stał kościół, co się ze starości w ziemię zapadł. Raz do roku, w jedynej godzinie, z ołtarza, spod ziemi, źródło bije. Jeden człowiek tylko, w tej jednej godzinie wody nabrać może – choć zawsze chce wielu – człowiek o sercu czystym, w Boga zapatrzony. Jemu jednemu, jedynemu woda staje się Wodą Żywą – umarłym życie przywraca, chorym zdrowie, zrozpaczonym spokój.

 

 

Ileż dni minęło, odkąd Róża poszła w drogę, ileż nocy? Nogi poranione, twarz spalona słońcem, z sukienki zostały łachmany. Przeszła przez bagna zdradliwe, przez grzęzawiska topielic pełne, przez lasy, w których siedzą okrutni zbójcy. W niejednej wsi psami ją szczuli, w niejednej wsi chlebem chcieli częstować, a ona, choć wychudła z głodu, musiała odmawiać. Nic nie jadła, nic nie piła. Paliło ją wnętrze, oczy mgłą zachodziły. I tak w męce i bólu nieludzkim stanęła na dziedzińcu zamku o trzech wieżach. Rozpościerał się stąd widok cudny na całą dolinę, ciemnozieloną, ubraną w welon kwiatów białych, wiśniowych, a w dali skrzyła się błękitem i srebrem rzeka. I wtedy zobaczyła chłopca. Nadchodził. Wspinał się skarpą. Chyba był w jej wieku, miał może z dziesięć, może z dwanaście lat. Chudy i drobny. O brązowych włosach opadających do połowy pleców. O skupionej, ponad wiek zamyślonej twarzy. O mądrych, szarych oczach.

– Czy to tu jest zamek, zamek o trzech wieżach? Czy to tu bije źródło Żywej Wody?

Skinęła głową.

– Nareszcie – odpowiedział, odwrócił się w stronę doliny i usiadł koło Róży.

– Więc ty też przyszedłeś po Żywą Wodę? – spytała. Spojrzał na nią przez chwilę uważnie

– Tak. Przyszedłem. Dla mojego Dziadka-Nie-Dziadka Franciszka. Widzisz, on mnie przygarnął, wychował, a teraz… Ale ty tu też przyszłaś. Z daleka. To widać.

– Opowiedz mi swoją historię – poprosiła, siadając obok chłopca.

 

 

Franciszek był kiedyś bogatym gospodarzem. Żonę miał piękną i młodą. Pola urodzajne. Chałupę zasobną. Dzieciaków zdrowych czwórkę. Ale przyszła branka do wojska. Zły car tak zarządził, zły car, co ten kraj zniewolił i w niewoli trzyma. Zgonili chłopów na rynek. Który wylosuje białą kulkę, do domu wracać może, który czarną, zaraz słychać płacz, a lament, płacz, a zawodzenie – bo nieszczęśnika na dwadzieścia lat do wojska biorą. Mundur mu dają. W kraje dalekie na wojnę iść każą. Wylosował czarną gałkę Marian, Wojciech, Piotr, i Jancik, a w końcu i Franciszek. Co miał robić? Niewola, to niewola. Żonę ucałował, dzieciom błogosławił, przeżegnał się znakiem krzyża i w szeregu stanął. Pognali ich na wschód, daleko, gdzie żółci ludzie o skośnych oczach i morze bezkresne: tam car swą wojnę prowadził. Już dwadzieścia lat minąć miało, a tu car, co z diabłem trzymał, nowe losowanie zarządził: kto w wojsku zostanie, kto do domu wróci. Los dla Franciszka nie był łaskawy. Czarną gałkę wyciągnął, na drugie dwadzieścia lat w wojsku został. Pognali ich na południe, tam gdzie góry do nieba, a w górach górale o smagłych twarzach, tam car swą wojnę prowadził.

Wrócił Franciszek po czterdziestu latach wojowania za cara, od ran cały w bliznach, od śniegu, deszczu i wiatru poskręcany jak stare drzewo, posiwiały, do ziemi pochylony. Wrócił do swej wioski. Nikt go nie poznał. Bo jakże go w tym nędznym starcu poznać mieli? Dom Franciszka spłonął przed trzydziestu laty. Dzieci czarna ospa wydusiła. Żona z żalu zmarła. Mogiły trawa porosła. Pole brat orał. Zapłakał na gruzach, gdzie pokrzywy i łopuch. Na mogiłach pacierze odmówił. Przeżegnał się znakiem krzyża i w świat poszedł o kiju kosturze. Odtąd stał się dziadem bezimiennym. Dziadem spod kościoła. Wędrował od odpustu do odpustu, od świętego obrazu do świętej figury. Mówili, że w Rzymie nawet był, mówili, że samego króla widział.

Któregoś dnia, gdy mowy ludzkiej już prawie zapomniał, w mróz wielki, tuż przed zapustami, na progu łaskarzewskiego kościoła znalazł zakutane w szmaty niemowlę. Kim było? Kto je tu podrzucił? Matka w rozpaczy, mąż zazdrosny, czy bogaty pan jaki, niechcący następcy? Nikt nie wiedział. Całe jego dziedzictwo, to te szmaty-powijaki. Ulitował się Franciszek nad dzieckiem. Dał mu za patrona świętego Tadeusza Judę – bo ten jest niebieski specjalista od spraw trudnych. Na wychowanie wziął, jak swoje pokochał. Do wsi rodzinnej wrócił, pobudował na gruzach maleńką chatynkę. Poszedł do ludzi na służbę, by dzieciakowi na niczym nie zbywało.

Lata mijały. Tadek wyrósł. Sam już chodził do pomocy przy sianie, przy żniwach. Zmyślny też był. Franciszka chciwie słuchał, a staruszek cuda mu o wielkim świecie opowiadał. Kochali się też bardzo, bo tylko siebie na świecie mieli. Lecz w końcu trudy zmogły Franciszka. Oto leżał chory, umierający. I wtedy Tadeusz o Żywej Wodzie usłyszał. Aby drugie życie, aby zdrowie wysłużyć ukochanemu opiekunowi, ruszył do Czerska.

– Więc twój dziadek umiera… – westchnęła Róża.

– Więc chcesz ożywić dzieci przemienione w kamienie, ich matkom łez oszczędzić…

Siedzieli w trawie, oparci plecami o stare mury. Zbliżał się wieczór. Wiśniowe sady pachniały słodko, wiatr przyniósł aż tu ich woń. Gdzieś, w dole odezwały się słowiki. Najpierw jeden, potem dołączyły następne. Róża osłabła, oparła głowę o Tadkowe ramię.

– Musisz coś zjeść, jesteś wycieńczona.

– Nie mogę. Moja pokuta… wciąż jeszcze trwa.

– Jeśli to ty zaczerpniesz Żywej Wody, mój Dziadek umrze.

– Jeśli to ty zaczerpniesz, oni na zawsze pozostaną głazami.

Ciche łzy, ciche łzy płynęły im po policzkach. Zgnębieni, zmęczeni usnęli.

 

W nocy, nad ranem ktoś uniósł Różę. Poczuła na spieczonych wargach smak wody. Otworzyła oczy. Zobaczyła pochyloną, piękną, smutną twarz.

– Czy ty jesteś Aniołem? – spytała, uśmiechając się jeszcze senna. Zaprzeczył ruchem głowy. Położył ją delikatnie na trawie, obok śpiącego Tadka.

 

Obudził ich śpiew Zięby. Maleńki ptaszek siedział na gałązce, śpiewał o gnieździe pełnym miłości, o małych nakrapianych jajeczkach zapowiadających ptasie szczęście. W ruinach kościoła siedzieli dwaj mężczyźni. Palili ognisko. Ten młodszy łamał chleb. Podał go dzieciom. Róża zawahała się

– Jedz: nie bój się. – posłuchała. Nigdy jeszcze nie jadła tak słodkiego chleba. Z każdym kęsem wracały jej siły, leczyły się rany. Tadeusz zamyślił się. Posmutniał. Musieli przespać moment, gdy Żywa Woda wypływa z ołtarza spod ziemi. Więc nie ma już ratunku dla Dziadka… Ale Ten, który łamał chleb zgadł jego myśli. Popatrzył tak, jak tylko mateńka na Różę, jak dziadek Franciszek na Tadka dotąd patrzyli i powiedział:

– To Ja jestem Żywą Wodą. I Życiem, i grzechów Odkupieniem. Nie bójcie się dzieci. Kto we mnie wierzy….

 

 

W Gończycach, w maleńkiej chacie, na wąskim prostym łóżku leżał starzec. Obudził się. Za oknem, na starej śliwie, siedziała mała Zięba. Śpiewała. W tym śpiewie było tyle radości, tyle szczęścia… Pomyślał o Tadziku. Pewnie zaraz wróci. Trzeba zrobić mu śniadanie. Dawno nie czuł się tak rześko, tak zdrowo. Rozpalił ogień, zagniótł ciasto, by upiec chleb. Z daleka usłyszał pogwizdywanie. Tadzik wracał. Franciszek wyszedł mu naprzeciw.

Po drugiej stronie Wisły, w stronę Magnuszewa szła dziewczynka, może dziesięcio- może dwunastoletnia? Przed nią, pogwizdując leciała Zięba. Dziewczynka uśmiechała się. Trawy, zioła słały jej kwitnący kobierzec pod nogi. Tak lekko jej się szło, że nawet nie zauważyła, jak minęła jej droga. Pod Osiemborami, przy drodze sześć kamieni-głazów. Na którym Zięba przysiądzie, ten się zaraz w dzieciaka-podrostka zamienia: Wojtek, Aniela, Lucek, Olek, Ulka i Grzesiek od sołtysa. Wzięli Różę za ręce, zakręcili się w tańcu, zaśpiewali na chwałę Bożą i tak, pełni radości, wrócili do domów.

Lubomiła

Lubomiła

-->

Komentarze (4):

Mamcia2000 Gru 25, 2010, 8:02 po południu

Jak dobrze uciec na chwilę w Twoje bajki... Lubomiłko dzięki za piękne życzenia. Niech narodzony w Betlejem Zbawiciel błogosławi wszystkim Twoim poczynaniom, niech ma w Swojej niesutannej opiece całą Twoją Rodzinę!

K.J.A. Gru 25, 2010, 8:09 po południu

Lubomiła. To gdzie to trzeba iśc? Starczy wody na wszystkie kamienie?

Lubomiła Gru 25, 2010, 8:31 po południu

Do Niego. On każdy kamień naszego grzechu już dawno odkupił - jeszcze zanim nas stworzył - i ukochał Miłością szaloną wiedząc jak bardzo tym grzechem jesteśmy splamieni - ukochał i stworzył z tej właśnie Miłości - Ciebie i mnie i każdego z nas - nie ma innej Żywej Wody. Tylko On.

Zakrystianka72 Gru 26, 2010, 8:53 po południu

Lubomiło - dziękuję bardzo za prześliczną opowieść i polecam Cię opiece Maryi!

Załóż bloga reklama

reklama

Najczęściej czytane

reklama

Najczęściej komentowane

reklama
facebook