reklama

Zgorszenie Krzyża

Zgorszenie Krzyża.

Okres Wielkiejnocy przypomina nam zawsze dwie wielkie prawdy chrystianizmu: haniebną śmierć i chwalebne zmartwychwstanie. Obok zasadniczych artykułów wiary o Bogu w Trójcy św. Jedynym, Stworzycielu wszechrzeczy, należą one bezsprzecznie do najbardziej istotnych dogmatów katolickich. Równocześnie jednak najwięcej zawsze sprawiały trudności. Zwłaszcza pierwszy.

Syn Boży ukrzyżowany !? Nie, to nie do przyjęcia! Co za sens? Co za okropność ! Podobny mit mógł powstać jedynie w umysłowości bardzo pierwotnej i barbarzyńskiej, u ludzi, którzy nie wzdrygali się zabijać swe pierworodne dzieci, by ich krwią przebłagać zagniewane bóstwo. Człowiek nowożytny może tylko ubolewać, że podobne wyobrażenia, przejęte i odpowiednio przekształcone przez chrześcijaństwo, mogły dochować się aż do naszych czasów.

Chrystus ukrzyżowany był zresztą od początku zgorszeniem dla żydów a głupstwem dla pogan (I Kor. 1, 24—25). Pierwsi nie mogli w żaden sposób pojąć, by Mesjasz, oczekiwany jako wielki król z rodu Dawida, władca świata, ten który miał zaprowadzić na ziemi ład i szczęście, mógł skończyć tak haniebną śmiercią, powieszony na krzyżu jako buntownik przeciw władzy duchownej i niebezpieczny nowator. Nie, ten Jezus z Nazaretu nie może być oczekiwanym Mesjaszem czyli Chrystusem ! Trzeba czekać na innego.

Jeżeli prawda o Chrystusie ukrzyżowanym była dla nich za trudna, by mogli ją pogodzić z nabytymi kategoriami i nawyknieniami myślowymi, to tym bardziej dla pogan musiała ona wydać się czymś wręcz niemożliwym. „Jak to — mówili do chrześcijan — wasz Bóg to ten straceniec ? On wszechmocny i dał się zabić ? Powiadacie, że dobrowolnie przyjął mękę, by zbawić ludzi od grzechów; ale czyż nie mógł was zbawić inaczej ? Jeżeli nie mógł, nie jest Bogiem; jeżeli mógł inaczej, to było nonsensem umierać na krzyżu. Nie, ten wasz Zbawiciel ukrzyżowany to głupstwo “

I taką trudność stawiano jeszcze w pełnym średniowieczu, jak świadczy o tym św. Anzelm z Canterbury. Umysł ten niesłychanie głęboki podjął się przeto dania na ten zarzut ostatecznej odpowiedzi. W dziełku Cur Deus homo ? stara się wykazać, że to wszystko, co w śmierci krzyżowej wydaje się tak niedorzecznym, było właśnie koniecznym a więc słusznym i mądrym. Rozumowanie jego jest krótkie i jasne. Na miejsce upadłych aniołów postanowił Pan Bóg zbawić odpowiednią ilość ludzi, którzy by zajęli ich miejsce w niebie. Inaczej królestwo to nie miałoby pełnej liczby obywateli. Tymczasem i ludzie zgrzeszyli już w swym praojcu Adamie. Cóż teraz ? Zostawić ich własnemu losowi we wiecznym potępieniu? Nie można, bo plany Boże muszą być spełnione. Z drugiej strony nie można też odpuścić ludziom grzechów bez odpowiedniego zadośćuczynienia. Atoli jakże ludzie dać mogą takie zadośćuczynienie, które by wynagrodziło Bogu wyrządzoną zniewagę? Cokolwiek by zrobili, to już i tak Bogu się należy, a zresztą żadne stworzenie nie jest zdolne do wynagrodzenia Bogu zniewagi wyrządzonej grzechem. „Nikt nie może dać takiego zadośćuczynienia, tylko sam Bóg; nikt nie jest obowiązany dać je, tylko człowiek — trzeba więc było, by je dał Bóg - człowiek". W takim lapidarnym zdaniu streszcza swój pogląd na tę kwestię.

Rozumowania tego, które z żelazną logiką miało uzasadnić konieczność wcielenia Syna Bożego dla naszego zbawienia, nie przyjęli jednak w całości wielcy Doktorzy scholastyczni, pomimo ogromnego wpływu, jaki św. Anzelm wywarł na całą teologię średniowiecza. Stanowczo odrzucili zdanie, jakoby Bóg musiał zbawić upadły rodzaj ludzki, a przede wszystkim odrzucili twierdzenie, jakoby nie mógł tego zrobić bez otrzymania pełnego zadośćuczynienia za grzechy.

Przyjęto jedynie twierdzenie, że o ile już Pan Bóg chciał zbawić ludzi nie inaczej jak tylko po otrzymaniu pełnego zadośćuczynienia, żadne stworzenie nie było w stanie go oddać i nie pozostawało nic innego jak, by sama Osoba Boska przyjęła naturę ludzką i wynagrodziła Bogu wyrządzoną zniewagę.

Atoli i to twierdzenie nie jest bynajmniej dogmatem ani nawet pewnikiem teologicznym, tylko opinią choć dość powszechnie przyjętą, której zawsze sprzeciwiała się cała szkoła skotystyczna, twierdząc, że w ogóle w żadnym wypadku ani w żadnej hipotezie wcielenie syna Bożego nie było konieczne dla zbawienia naszego.

Zresztą jakkolwiekby się ktoś upierał przy twierdzeniu, że wcielenie Syna Bożego było konieczne, aby Pan Bóg mógł otrzymać pełne zadośćuczynienie za grzechy, to i tak musi przyznać, że sama śmierć krzyżowa nie była do tego nieodzowna. Teolodzy wszystkich odcieni godzą się na to, że jakikolwiek inny akt Chrystusa wystarczał do tego zupełnie. Po cóż więc cała ta straszna tragedia ? Jeżeli Syn Boży mógł zbawić ludzkość w sposób znacznie prostszy i łatwiejszy, bez poniesienia haniebnej śmierci, to na co Bóg obierał tę okropną drogę?

Staje więc umysł ludzki przed całą nietkniętą trudnością. Może on wprawdzie ukorzyć się przed niezbadanymi wyrokami Bożymi i powiedzieć sobie, że jest za mały, by móc zrozumieć jego wielkie dzieła i tajne zamiary. Może powtórzyć za Izajaszem (55, 8—9):

Albowiem myśli moje nie są myśli wasze,

Ani drogi wasze drogi moje, mówi Jahwe

 Bo jako podniesione są niebiosa od ziemi.

Tak podniesione są drogi moje od dróg waszych

I myśli moje od myśli waszych.

Ale czy taka odpowiedź zadowoli tych, co widzą w śmierci Jezusa, nie jakieś wielkie tajemnice, ale, jak im się zdaje, niedorzeczność ? Czy zresztą takie zrezygnowanie ze zrozumienia wielkich dzieł Bożych zaspokoi umysł, który z zachwytem podziwiając mądrość Bożą jaśniejącą w całym świecie, nie może pogodzić się z myślą, że największe i najwspanialsze dzieło Stwórcy pozostaje jakimś rozdźwiękiem w ogólnej harmonii? Po co haniebna śmierć Jezusa, skoro nawet dla zbawienia naszego nie była bezwzględnie konieczna, gdy Pan Bóg miał tysiączne inne sposoby ratowania rodzaju ludzkiego?

To też myśliciele katoliccy w przeciągu wieków wynajdywali w tym dziwnym dziele Bożym niejedną okoliczność, która miała wykazać, że jednak, mimo wszystko, ten właśnie sposób był nie tylko dobry, ale nawet o wiele lepszy od innych możliwych.

Wskazywali więc i słusznie na to, że obecnie człowiek doskonalej poznaje, jak bardzo Bóg go kocha i przez to sam więcej się zapala do jego miłości. Okazuje nam Bóg miłość swą ku nam, ponieważ gdyśmy jeszcze byli grzesznymi, Chrystus za nas umarł (Rzym. 5, 8).

Ileż to w ciągu długich wieków rozważanie męki Pańskiej wywołało aktów skruchy, serdecznej miłości, bezwzględnego oddania ! Ile wzniosłych zachwytów, poświęcenia !

Dał nam następnie Chrystus w męce swej niezrównany przykład posłuszeństwa, pokory, wytrwałości, sprawiedliwości i innych cnót, wskazując drogę, jaką mamy za nim podążać.

Wreszcie dobitnie i jasno pokazał, jak wielkim złem jest grzech, jak więc starannie należy go unikać, skoro tyle kosztowało go nasze zbawienie; wykazał też jak wielkim dobrem jest niebo, skoro nie zawahał się podjąć tyle trudów, byleby nam do, niego dostęp zapewnić.

Wszystkie te względy i racje mają niemałą wartość, ale nie zaspokajają jeszcze całkowicie umysłu ni serca. Czyż bowiem dla okazania nam swej miłości Bóg musiał żądać od Zbawiciela aż takiej ciężkiej ofiary ? Czyż i sam Chrystus nie miał innych tysiącznych sposobów okazania nam jej w całej rozciągłości? Pewnie, że nie ma większego dowodu miłości, jak oddać swe życie dla czyjegoś dobra, atoli zawsze o tyle tylko, o ile to jest naprawdę nieodzownym. Czy mógłbym pogodzić się z myślą, że dla oddania mi jakiejś przysługi mój przyjaciel traci dla mnie życie, skoro tę samą posługę może mi oddać bez takiej ofiary ? Nie okazał że byś nam, Boże, większej miłości, gdybyś zamiast całej tej tragedii krzyża, wyrwał nas samych z tych cierpień i udręki, jakie mimo poświęcenia się Jezusa za nas znosić musimy ? Czy nie byłoby lepiej, gdyby Syn Twój przyszedł z wielką potęgą i mocą, by zaprowadzić na ziemi ten ład i szczęście i dobrobyt, jakich ciągle szukamy i znaleźć nie możemy ?

A zresztą, jeżeli już rzeczywiście lepiej dla nas było, by On przez mękę swoją, a nie innym, łatwiejszym sposobem nas zbawił, to czy przynajmniej ze względu na samego Chrystusa nie lepiej było obrać inną drogę, chwalebną i łatwą ? Czyż wypadało, by dla pewnych naszych korzyści, — które można nam było przecież inaczej zapewnić, — nakładać taki ciężki krzyż na ramiona Zbawiciela ? Przecież to okropność: Syn Boży ukrzyżowany ! — I znowu stoimy przed tą samą trudnością, pomimo wszystkich poprzednich rozważań — jakby nietkniętą.

Zrozumieć i wyświetlić ją można jedynie na tle całokształtu planów Bożych, jakie ma w stworzeniu świata i prowadzeniu ludzkości. Otóż we wszystkich swych dziełach Bóg ma jeden cel: okazać swą doskonałość przez dobra udzielone stworzeniom.

Objaśnijmy to pokrótce.

Jak wiemy, Bóg jest Pełnią Bytu, nieograniczoną Doskonałością, która w jednej niepodzielnej Rzeczywistości jest nieskończoną Prawdą, samem Dobrem i niewymownym Pięknem i to nie w jakimś biernym stanie, ale tak, że cały jest najwyższą Czynnością, jednym wiecznie trwającym czyli zawsze świeżym Aktem rozumu, żywą nieustanną Myślą, w której zawiera się i wyraża całe bezmierne bogactwo jego Boskiej Istoty. Wobec tego bezmiernego oceanu Bytu, Dobra, Prawdy i Piękna najdoskonalsza Istota nie może być obojętną, ale oczywiście kocha to wszystko bezwzględnie i całkowicie. Jak więc Bóg jest cały jedną odwieczną Myślą, zawsze świeżą i niezmienną o nieskończenie bogatej treści i najwyższej intensywności, tak też równocześnie i identycznie jest najpotężniejszym Aktem ekstatycznej Miłości, ukochania wszystkiego, co się w tej całej Myśli zawiera, jest błogosławionym Zachwytem wobec Prawdy i Piękna, którym jest on sam.

Otóż przenikając te niewyczerpalne bogactwa Bytu, jakie istnieją w jego niezłożonej, lecz również nieskończonej Doskonałości, Bóg widzi, że doskonałość tę można by przedstawiać i niejako naśladować w niezliczonych podobieństwach. Jego Myśl, bezgranicznie twórcza, pojmuje i kształtuje owe różnorodne światy, z których każdy jest jakby jednym promykiem wielkiego Słońca Prawdy, cząstkowym odzwierciedleniem jednego Bytu. Ponieważ Bóg kocha całą przepiękną treść swej Myśli, dlatego chce, by jej niewyczerpalne bogactwo wyraziło się w najrozmaitszy sposób w istotach stworzonych. Chce ją niejako wypowiedzieć choć częściowo — i dlatego z pomiędzy nieskończonej ilości najrozmaitszych światów wszechmocną siłą twórczej woli stwarza ten nasz realny wszechświat a w nim niezliczone mnóstwo istot żyjących i nieżywotnych, roślin, zwierząt i ludzi, którymi zaludnia ziemię, jak zapełnia bezmierne przestworza tysiącami tysięcy mgławic i gwiazd. Daje stworzeniom najróżnorodniejsze doskonałości, przymioty, siły i działania, a we wszystkich tych dobrach im udzielonych objawia się jego przedziwna moc, mądrość i dobroć.

Pięknym uczynił ten świat, bo przygotował go na mieszkanie dla swego wybranego stworzenia, dla człowieka. Stworzył też człowieka w całkiem szczególny sposób na obraz i podobieństwo swoje, gdyż tchnął w niego duszę nieśmiertelną, wyposażoną władzami rozumu i wolnej woli i oddał w jego ręce wszystkie rzeczy, aby mu służyły ku dobremu; uczynił go panem świata. Ale to był dopiero początek hojności. Coś więcej bowiem zamierzał dać człowiekowi, w jeszcze wyższy sposób objawić w nim doskonałość swej wszechmocnej dobroci. W odwiecznych swych wyrokach zaznaczył mu cel, o jakim nigdy nawet marzyć nie śmiał. Przeznaczył człowieka do posiadania dóbr większych niż wszystkie skarby świata. Oto po pewnym okresie pobytu na ziemi miał człowiek połączyć się bezpośrednio ze swym Stwórcą i wspólnie z nim zażywać tego szczęścia, którem sam Bóg jest szczęśliwy. Miał człowiek uczestniczyć w życiu i radości samego Boga, być nasyconym nieskończoną Prawdą i Pięknem i w ten sposób stać się jeszcze wspanialszym odzwierciedleniem Boga, Gdy bowiem w błogosławionym życiu wiecznym Bóg sam sobą napełni całe jego poznanie i połączy się z nim w niewymownie błogim uścisku ekstatycznej miłości, wtedy to w przebóstwionym człowieku zajaśnieje doskonały obraz Boży, a najwyższe szczęście stworzenia będzie zarazem i identycznie największą chwałą Stworzyciela.

Cel ten osiągnąć ma człowiek razem z innymi, nie odosobniony czy izolowany od podobnych sobie ludzi. Od wieków bowiem postanowił Bóg utworzyć z ludzi i aniołów jedno olbrzymie królestwo, jedną wielką rodzinę dzieci Bożych, którzy by wspólnie żyli życiem Jego i odzwierciedlali doskonałość Jego.

Temu zaś wspaniałemu królestwu postanowił również od wieków dać jedną widzialną głowę, jednego króla. Miał nim być właśnie Jezus Chrystus, prawdziwy Syn Boży ale i prawdziwy syn człowieczy. Czyli Pan Bóg w ten sposób chciał dopuścić rodzaj ludzki do udziału w swym własnym życiu i szczęściu, żeby równocześnie jeden człowiek, największy wśród wszystkich, najlepszy i najwspanialszy, był żywym ośrodkiem wszystkich błogosławionych, głową tej całej społeczności, życiodajnym źródłem ich szczęścia, jako Bóg-człowiek, jako jeden z nich a jednak równocześnie jako jeden, któremu wszyscy byliby poddani, do którego wszystko by należało, do którego wszystko zmierzałoby jako do swego celu. Innymi słowy: Pan Bóg postanowił stworzyć świat i wszystkie rozumne istoty na to właśnie, aby temu Chrystusowi dać na własność jedno wielkie, wspaniałe królestwo. Wszystko uczynił dla Chrystusa, zostaliśmy stworzeni dla Niego.

Upadł rodzaj ludzki w swym praojcu Adamie. Grzech pogrążył ludzi w ciemności i nędzy moralnej i fizycznej, oddalił człowieka od Boga, ale nie zmienił łaskawości Boga ani nie przekreślił planów jego. Byłoby naiwnością przedstawiać sobie, że upadek Adama pokrzyżował jakieś pierwotne plany Boże. Żadne nieprzewidziane wypadki nie mogą Go zaskoczyć. To wszystko może wydarzyć się człowiekowi, choćby najmądrzejszemu i najpotężniejszemu, ale nie Bogu, od którego zawsze w zupełności zależy cały rozwój wypadków. On wszystko przewidział i ułożył od wieków i nie potrzebował wcale zmieniać ani poprawiać swoich planów zależnie od jakichś niespodziewanych okoliczności. On wiedział o upadku człowieka, nim jeszcze w ogóle go stworzył, i dlatego od wieków postanowił, żeby ten Jezus, który miał być królem nad całą ludzkością, owszem nad całym wszechświatem, był równocześnie i zbawicielem upadłego rodzaju ludzkiego. Ten, dla którego zostaliśmy stworzeni miał według tegoż planu Bożego całkowicie poświęcić się dla naszego dobra. Król nieba miał być zbawicielem tych, co mieli zaludnić niebiosa.

Innymi słowy: jedynym i pierwotnym planem Bożym było i jest doprowadzić do wiecznego życia ludzkość upadłą wprawdzie i błądzącą, ale z upadku i błędu wybawioną przez Chrystusa, odkupiciela swego i króla. Zamiarem jego było okazać swe nieprzebrane miłosierdzie, zrobić niejako wielki gest przebaczenia. Chciał uszczęśliwić nas, lecz nie inaczej tylko jako synów marnotrawnych. Dlatego właśnie pozwolił, by człowiek upadł, bo od wieków postanowił, że w ten a nie inny sposób okaże na niewdzięcznym stworzeniu wspaniałość i bogactwo swej dobroci, dając mu swego Syna, który miał całkowicie poświęcić się dla ludzi, tak jak oni całkowicie mieli należeć do niego, jako jego własność i królestwo.

Otóż w świetle tych planów Bożych i dla samego Chrystusa jest lepiej, że nie został od razu królem chwały, lecz musiał iść najpierw po cierniowej drodze poświęcenia się dla braci swej. Większym jest właśnie przez to, że musiał wiele wycierpieć dla tych, co mieli stanowić królestwo jego.

Dwa są do tego powody. Pierwszy to podstawowa prawda w całej działalności Bożej, że Bóg chcąc objawić swą doskonałość przez doskonałości dane stworzeniom, pragnie objawić się nie tylko jako przyczyna pierwsza, sama sprawująca wszystko własną mocą, ale przez to też, że stworzeniom swym udziela sił i możności, by w swoim zakresie również były przyczynami. Wszechmocna Energia niezmierzonego Ducha udziela swym dziełom najróżnorodniejszych władz i sił, aby przez swą własną działalność były pewnym podobieństwem Boga jako Przyczyny. Dlatego i ludzkie stosunki tak urządził, że jedni mogą i muszą oddziaływać na drugich i w ten czy inny sposób służyć bliźnim. W im większej mierze kto staje się przyczyną dobra drugich i pomyślności powszechnej, tym większa jego wartość, zwłaszcza jeżeli go to dużo kosztowało. Czy nie czcimy w szczególny sposób tych, którzy działalnością swą przysłużyli się narodowi czy całej ludzkości ? Przedstawmy sobie człowieka, który by w dzisiejszych czasach poświęceniem swym zdołał usunąć trudności, z jakimi borykają się narody, usunąć wojny i nieporozumienia, zaprowadzić ład i dobrobyt, być w ogóle przyczyną powszechnej zmiany na lepsze. Jak wielkim stałby się w oczach całego świata! Czy taka osobistość nie byłaby stokroć razy większa od jakiegoś króla dziedzicznego, który bez żadnych zasług ze swej strony posiadłby wielkie państwo? Otóż i Chrystus, który według planów Bożych miał być Królem wszechświata i całej ludzkości, nie miał przyjść niejako do gotowego, lecz musiał zapracować sobie to królestwo i dlatego to otrzymał misję zbawiciela i musiał nawet dać życie swe za tych, nad którymi miał panować.

W ten sposób zostaliśmy związani z nim nowymi, najsilniejszymi węzły. Odtąd przez wszystkie wieki błogosławieni w niebie będą z wielką miłością wpatrywać się w swego króla, bo jemu zawdzięczają swe szczęście. On oddał za nich nawet życie swoje, by im zdobyć królestwo niebieskie. Gdyby nie ciężkie trudy, jakie poniósł dla zbawienia, nie byliby mu tyle zobowiązani. Teraz kupił sobie królestwo krwią swą i ono podwójnie doń należy, bo nie tylko jego jest ale i przezeń zostało nabyte.

Tutaj przechodzimy właśnie do drugiego powodu, dla którego nawet dla samego Chrystusa lepiej było, że nie od razu i łatwo został królem chwały, lecz doszedł do niej po cierniowej drodze poświęcenia aż do śmierci. „Szlachetniej i doskonalej jest posiadać jakieś dobro przez własną zasługę, niż posiąść je bez zasługi" powiada św. Tomasz (3 q 19 a 3). My szanujemy ludzi, co własną pracą doszli do wielkości, jednostki, które osobistym trudem zdobyły wawrzyny chwały, nie zaś takich, co bez swego wysiłku we wszystko opływają, może nawet kosztem drugich ! Otóż Chrystus musiał być pod każdym względem wielkim. Uczynił go Bóg królem, ale takim, który zdobył swych poddanych ofiarą własnego życia, królem bohaterem, który wykazał niesłychaną szlachetność i hart charakteru, bo został wiernym swemu posłannictwu aż do śmierci, walczył o prawdę do końca! Tragiczne było jego życie. Głosił najwznioślejsze prawdy o jedynym Bogu, jego wielkich względem nas planach, o sprawiedliwości i miłości powszechnej i powinien był zostać z radością przyjęty przez tych, co się uważali za jedynych stróżów prawdy religijnej. Ale nie spodobał się On ciasnym umysłom, które prawdziwy kult Boga żywego zamieniły na skostniałą kazuistykę i formalizm. Żydzi wysoko sobie cenili śmieszne drobiazgi a gwałcili zasady sprawiedliwości i dlatego nie mogli ścierpieć nauczyciela, który nie chodził do ich szkoły i nie trzymał się ich wymysłów i ludzkich tradycji. Nie mogli ścierpieć, że On coraz więcej dusz prawych porywał ku sobie i głoszonej przez się prawdzie i postanowili za wszelką cenę zgładzić niewygodnego im a wpływowego proroka. Bolesnym to było dla najszlachetniejszego serca. Do swoich przyszedł a swoi go nie przyjęli (Jan 1, 11). Nie ucierpiał On od pogan ani od celników ani od rozpustników, ale od tych przede wszystkim co przekonani o swym nieskazitelnie ascetycznym życiu, przywłaszczyli sobie monopol posiadania ducha Bożego. I zwyciężyli w końcu ! Podłość i oszczerstwo wzięły górę ! Ukrzyżowali niewygodnego głosiciela prawdy.

Mógł był Pan Bóg uchronić go od takiego losu, naznaczyć Mesjaszowi lżejszy sposób zbawienia świata, niekonieczna była do tego aż śmierć na krzyżu — ale Pan dziwny i wielki jest w dziełach swych. Im większym chce kogo zrobić, tym cięższe mu daje zadanie, bo tylko tak powstają bohaterzy ! W zmaganiu się z nieprzezwyciężonymi trudnościami, wśród sprzeciwów ze strony tych nawet, co powinniby ich poprzeć a przynajmniej zrozumieć, pośród cierpień na jakie narażają się dla swoich ideałów, w tragizmie życia, gdy plany ich niweczą podłość i głupota — te wielkie dusze jaśnieją w całej swej okazałości. Może nie zawsze już tutaj na ziemi, gdzie często do końca panuje złość choćby pod płaszczykiem dobra, ale w każdym razie w nieskończonej wieczności jaśnieć będą chwałą, której bez tej walki nie mielibyśmy wcale.

To wielcy zwycięzcy, do których tenże Chrystus zwraca się w Objawieniu św. Jana (3, 21) tymi zachwycającymi słowy: Kto zwycięży, dam mu siedzieć ze sobą na tronie moim, jak i ja też zwyciężyłem i usiadłem z Ojcem moim na tronie Jego.

Otóż teraz jako heroicznemu zwycięzcy mogą śpiewać Mu na wieki:

Jesu, Rex admirabilis

Et triumphator nobilis !

Nie miałby tej wielkości, gdyby nie tragizm krzyża. Miał wejść do chwały, ale per aspera ad astra ! Dla niego samego było to dobrem, było potrzebą, aby to ucierpiał Chrystus i tak wszedł do chwały swojej (Łuk. 24,26).

Gdy rzucimy okiem na dzieje ludzkości, możemy przedstawić ją sobie jako jedną wielką procesję. Wszystkie pokolenia, jakie kiedykolwiek żyły w dawnych odległych wiekach, wszystkie narody zebrały się razem i idą... idą w jednym, ogromnym pochodzie. Na ich czele kroczy jakaś wspaniała postać. To też prawdziwy człowiek, a jednak jest w nim coś więcej niż człowiek. To Jezus Chrystus, jednorodzony Syn Boga żywego, który przyjął naszą ludzką naturę i stał się człowiekiem, bratem naszym. Kroczy z triumfem jako wielki król. Widać, że on nie tylko całą tę wielką rzeszę prowadzi, ale jest także jej Panem. Ona do niego należy jako własność. Ci wszyscy ludzie to jego dziedzictwo. Kroczy otoczony chwałą i czcią, jakiej nikt inny nie posiada, chociaż w tych nieprzeliczonych zastępach widać wiele sławnych, wybitnych osobistości. Ale jakiż to dziwny król ! On dźwiga krzyż ! Na jego skroniach korona cierniowa.

Czy może powiemy: nie chcemy wcale takiego ?

Czekajmy, patrzmy dalej. I dokądże prowadzi on tę ogromną procesję ? Do nieba, do domu Ojca swego, do błogosławionej wieczności. Tam powołał Bóg synów i córy Adamowe. Nie poprzestał Bóg na tym, by nam dać ziemię na mieszkanie doczesne. Chciał z nas uczynić dziedziców nieba. Postanowił jednak, że mamy tam dojść po ciężkiej próbie życia, abyśmy dobrowolnie okazali, czy pragniemy Jego samego i abyśmy walcząc i zdobywając własnym wysiłkiem tę ojczyznę wieczności, posiedli niebo jako wielcy bohaterzy. Bóg wiedział, że niejeden odwróci się od tego wysokiego celu i jak już nasz pierwszy rodzic, okaże się niewiernym. Czy może dlatego zaniechał swoich planów ? - wcale nie. Chciał on okazać miłosierdzie swoje w całej okazałości przez to właśnie, że synowie marnotrawni mieli zapełnić wiekuiste przybytki. Dlatego też od wieków postanowił, że tej ludzkości da takiego króla, który równocześnie będzie jej zbawicielem. Ten Chrystus, dla którego chwały cały ród ludzki został stworzony, musiał według planów Bożych wpierw dużo natrudzić się w całym swym doczesnym życiu, by w ludzkości przeprowadzić boski plan ocalenia. Musiał nawet życie swe oddać i to przez bolesną śmierć na krzyżu. Za cenę krwi swojej kupił nasi Nie zawahał się, choć go to dużo kosztowało. Teraz kroczy pełen chwały na czele tych zastępów przez siebie zbawionych. Korona cierniowa przemieniła się w koronę wesela i sławy. Krzyż stał się sztandarem zwycięstwa !

Czy Chrystus ukrzyżowany to głupstwo ? – nie ! On przez to właśnie zdobył wielkość bohatera i wszedł do swej chwały jako wielki triumfator. Sam się uniżył, stawszy się posłusznym aż do śmierci, a śmierci krzyżowej. Dlatego Bóg go wywyższył i darował mu imię, które jest nad wszelkie imię (Fil. 2, 8—9), mianowicie imię Pan, Kyrios.

Stosunek Chrystusa do ludzkości, która mu zawdzięcza zbawienie, przedstawiony jest w Piśmie i tradycji jako stosunek oblubieńca do oblubienicy. (II Kor. 11, 2; Efez. 5, 23—27; Mt. 9, 15; Jan 3, 29; Objaw. 19, 7—10) i stawiany jest jako mistyczny pierwowzór małżeństwa chrześcijańskiego. Idea ta wyraża nierozerwalny związek wiernej miłości, wspólnotę życia i dóbr, wzajemne oddanie się. Otóż właśnie bolesna śmierć nadała temu stosunkowi swoistego blasku i nowej wartości, której nie posiadłby wcale, gdyby Chrystus łatwym sposobem dokonał zbawienia. Dla zyskania tej oblubienicy On oddał krew swą ! Obecnie przez całą wieczność będzie mu ona wdzięczna za tę ogromną miłość i z dumą będzie patrzała na niego jako na wielkiego bohatera, który własnym wysiłkiem, kosztowną ofiarą zdobył ją i wszedł do chwały swej jako rzeczywisty triumfator, który pokonał olbrzymie trudności, wycierpiał dużo i okazał niewyczerpany zasób szlachetnej siły i poświęcenia.

W ten sposób Chrystus ukrzyżowany jest wprawdzie dla żydów zgorszeniem a dla pogan głupstwem, ale dla tych co wierzą w wielkie dzieła Boże i starają się je zrozumieć, jest on dowodem mocy i mądrości Bożej. Niekonieczna była taka ciężka śmierć dla naszego zbawienia; nieodpowiednia przede wszystkim zdawać się mogła dla samego Chrystusa, a jednak Bóg wybrał tę drogę, bo przez ten właśnie sposób, na pozór niedorzeczny, nowe i niewymownie piękne zadzierzgnął więzy miłości między nami a naszym Królem, który całkowicie poświęcił się dla nas aż do ostateczności. Przez Krzyż sprawił, że Chrystus wszedł do królestwa swego w niezrównanej aureoli zwycięzcy i bohaterskiego triumfatora. Bez cierpień byłby jej nie miał. Czyż więc nie było potrzeba, aby to ucierpiał Chrystus i tak wszedł do chwały swojej! (Łuk. 24, 26).

Ks. Bronisław Bojułka T. J.

 

„Przegląd Powszechny” 1936 t.210

Pielgrzym Świętokrzyski

Pielgrzym Świętokrzyski

Komentarze (0):

facebook