O 12 w warszawskim sądzie rozpocznie się pierwsza merytoryczna rozprawa w procesie, jaki wytoczyła mi Alicja Tysiąc. Skala żądań, a także postulaty by przepraszać ją na łamach miejsc, w których o niej nie pisałem, ale które mają największe stawki za reklamy, jednoznacznie pokazują, że celem nie jest wcale obrona jej dobrego imienia (które zresztą nie zostało naruszone, bowiem nie porównywałem – wbrew temu, co pisze jej adwokat – jej osoby do Eichmanna, a jedynie pisałem, że jeśli uznać, że jeśli coś jest zgodne z prawem, to nie może być oceniane moralnie, to nie ma powodów, by oceniać moralnie tego hitlerowskiego zbrodnicza), ale zamknięcie ust tym wszystkim, którzy mają odwagę sprzeciwiać się proaborcyjnej propagandzie, a także jasno i wyraźnie oceniać zbrodnię aborcji.

 

Nie jest to pierwsza taka próba. Zaczęło się od procesu Alicji Tysiąc przeciw „Gościowi Niedzielnemu”, potem był proces karny wytoczony Joannie Najfeld przez Wandę Nowicką, teraz przyszedł czas na mnie. I za każdym razem chodziło o to samo, o to, by odebrać obrońcom życia możliwość krytykowania postaw i działań osób, które same uczyniły siebie ikonami sprawy zabijania nienarodzonych. Na to zgody być nie może, bo to uniemożliwi przeciwdziałanie wielkiej zbrodni aborcji, holokaustowi naszych czasów. I dlatego choć oczywiście obawiam się wyroku (sąd w Katowicach, który byle tylko skazać „GN” udał, że nie umie czytać ze zrozumieniem, pokazał, że można spodziewać się każdego, nawet najbardziej absurdalnego wyroku), to mam pewność, że akurat w tej sprawie walczę po dobrej stronie. To daje spokój. I niezależnie od kosztów, także osobistych, nie zamierzam tej strony zmieniać. Życie dzieci jest tego warte.

 

Wszystkich, którzy chcą jakoś w tej walce pomóc zapraszam do Sądu, i proszę o modlitwę. Wierzę, że prawda zwycięży, i że nie odbierze nam się prawa do mówienia prawdy.

 

Tomasz P. Terlikowski