reklama
reklama

S. Michaela Pawlik: „Miażdżyli mnie różnymi oszczerstwami”

S. Michaela Pawlik: „Miażdżyli mnie różnymi oszczerstwami”
s. Michaela Pawlik (fot. Hanna Dębska/Tygodnik "Idziemy")
reklama O tym w jaki sposób religie wschodu zostały spopularyzowane w kulturze europejskiej, jak w czasach PRL werbowano do tajnej współpracy na rzecz szerzenia w Polsce różnych religii, mówi s. Michaela Pawlik.

Fronda.pl: Spędziła Siostra w Indiach wiele lat. Na ile nasze wyobrażenia na temat praktyk i filozofii, zaczerpniętych z kultury Orientu, które próbujmy przeszczepiać na grunt europejskiej kultury, są zgodne z rodzimymi wierzeniami.

s. Michaela Pawlik: To, co się mówi w Europie na temat duchowości Wschodu, bardzo odbiega od tego, jak rzeczywiście rozumieją swoją filozofię i wiarę hinduiści czy buddyści. Dla rozszerzania wschodniego światopoglądu na Zachodzie, ich wierzenia zostały zmodyfikowane, dostosowane do naszej europejskiej mentalności. W Polsce wielu ludzi, zwłaszcza młodych, fascynuje się hinduizmem, nie zastanawiając się nad tym, jakie korzenie mają i do czego prowadzą różne zaczerpnięte stamtąd ćwiczenia czy medytacje, w których tak ochoczo biorą udział. Dla oswojenia Europejczyków ze wschodnim światopoglądem, reklamowane są ćwiczenia jogi, zen czy różnego rodzaju medytacje, jako metody poprawy kondycji fizycznej, duchowej lub umysłowej, bez wyjaśnienia na czym polega ta "poprawa". Otóż wschodnie techniki stosowane we wspomnianych wyżej ćwiczeniach, doprowadzają do zawieszenia działania rozumu i woli, na korzyść biernego odczucia spokoju oraz błogiego wrażenia "rozpływania się" w różnie rozumianym kosmosie, podczas którego nawet zanika świadomość indywidualnego istnienia. Propagatorzy w/w ćwiczeń nie informują, jak one są sprzeczne z chrześcijańską duchowością, która stawia za cel poznanie i ukochanie Boga, by osiągnąć świętość gwarantującą człowiekowi wieczne szczęście, a nie szukanie w modlitwie i medytacji relaksu, czy "odlotu" od rzeczywistości. Poza tym, Hindusi przyjęli niektóre elementy chrześcijańskiej filozofii, zwłaszcza etyki. Przykładem tego jest Indyjska Konstytucja opracowana w oparciu o Deklarację Praw Człowieka, dzięki czemu od 1947 r. zalegalizowane zostało równouprawnienie wszystkich kast i zakazana wszelka dyskryminacja. Także zakazane zostały niektóre hinduistyczne "święte", a z punktu widzenia chrześcijańskiego zbrodnicze rytuały, jak np. składanie krwawych ofiar z ludzi (zabijanie noworodków na cześć bogini Kali), "sati" czyli palenie żywych wdów wraz ze zwłokami ich mężów, nierząd świątynny z 7-8 letnimi dziewczynkami, okaleczanie dzieci, dyskryminacja kastowa, etc. Nie znaczy to, że wszyscy gorliwi wyznawcy hinduizmu z tym się zgadzają. Najtrudniej jest obalić dyskryminację kastową, ponieważ oparta jest na wierze w reinkarnację wyznawaną zarówno przez hinduizm, jak i przez buddyzm. Według tradycji hinduistycznej jest setki kast, ale zasadniczo zgrupowane są one w cztery "warny" (warna = kolor): siudrowie (kolor czarny) do brudnej roboty, wajsjowie (kolor żółty) do rzemiosła, handlu i produkcji, ksziatriowie (kolor czerwony) do władzy i wojska oraz bramini (kolor jaśniejący bielą) do oświaty i kapłaństwa.

Jak wiara w reinkarnację wpływa na życie tamtejszej ludności?

Hinduistyczna wiara w reinkarnację, zakłada, że wszystko, co żyje, ma duszę, która przechodzi z jednego organizmu do drugiego. Dusze wyzwalające się z ostatniego zwierzęcego ciała, najpierw wcielają się w kastę siudrów, zanim będą zdolne wcielić się w wyższe warstwy. Dlatego siudrowie traktowani są jako "ludzkie formy zwierzęcych dusz", od których emanuje nieczystość padliny (jakby bioprądy padliny), stąd członkowie wyższych kast mają religijny zakaz dotykania siudrów, by tymi emanacjami nie skalali swych dusz i po śmierci nie wcielili się w gorsze ciało. Również według wedyjskiego prawa siudrom nie wolno się kształcić, ani uczyć się jakiegokolwiek zawodu, bo to jest obowiązkiem wajsjów. Siudrowie mają czyścić świat, a wtedy po śmierci mogą przejść do wyższego wcielenia. Przeciw takiemu prawu ostro zaprotestował słynny profesor Ambedkar Dukkipati z Indyjskiego Instytutu Naukowego, który publicznie podpalił księgę Manu, (czyli wedyjską księgę prawa), mówiąc: “Religia, która dopuszcza, aby jej wyznawców dotknąć mogło zwierzę, a nie pozwala, aby ich dotknęła ludzka istota, nie jest religią, lecz szyderstwem. Religia, która zmusza ludzi ciemnych do pozostania ciemnymi, a biednych do pozostania biednymi, nie jest religią, lecz przestępstwem (Ija Lazari Pawłowska, Etyka, Nr 12, s.42). Konstytucja Indii gwarantuje wszystkim równouprawnienie. Jednak hinduiści wierni swej religii, nie zgadzają się z tym, wierząc, że system kastowy jest ponadludzkim, kosmicznym, niezmiennym, dziedzicznym prawem. Stąd istnieje konflikt pomiędzy ich wiarą, a Konstytucją, a także konflikt z etyką chrześcijańską, która stoi u podstaw Deklaracji Praw Człowieka. System kastowy jest dziedziczny, ponieważ wyznawcy reinkarnacji wierzą, że jakie upodobania ma dusza, w takich rodziców się wciela i człowiek nie może tego zmienić. Jeśli np. rodzi się dziecko w rodzinie szewca, to znaczy, że dusza miała predyspozycje czy upodobanie do szewstwa i dlatego się tu urodziła. Mówią tak: „co pragniesz w tym życiu, to ci się spełni po śmierci”. Takie przekonanie legitymizuje ten system i odpowiada wielkiej polityce światowej, bo rozwiązuje problem braku dostępności różnych dóbr. Tak więc, żeby nie wszyscy mieli jednakowe prawa np. do studiów bo będzie tłok, to niektórym się wmówi, że powinni spokojnie czekać na następne wcielenie, skoro teraz na innym poziomie się urodzili. A jak skłonić ludzi żeby byli chętni do brudnej roboty? Perswazją: „tak żeś się urodził, bo twoja dusza do takich zajęć miała predyspozycje i taka jest”. Są na świecie grupy interesów, którym zależy na ustanowieniu ogólnoświatowego rządu z jedną religią i ujednoliconymi przepisami. Zaprowadzenie wiary w reinkarnację może służyć jako podstawa hierarchicznej struktury społecznej – czegoś w rodzaju mistycznego rasizmu opartego na segregacji domniemanych różnic wcielonych dusz.

W jaki sposób przeróżne elementy mistyki Wschodu zadomowiły się w kulturze europejskiej?

Filozofie orientalne i związane z nimi praktyki zaczęły napływać do Europy na przełomie XIX – XX wieku. Ten proces powoli rozwijał się już przed I wojną światową, a jego kumulacja nastąpiła w latach 60. XX wieku. Mówi się, że był to taki „wiatr wschodni”. Dzięki temu, że kraje europejskie jak Anglia czy Francja miały swoją kolonię w Indiach, hinduizm stawał się modny na Sorbonie, Cambridge, Oxfordzie itd. Także Hindusi z wyższych kast wyjeżdżali tam na studia. Na rozpowszechnianie wschodnich filozofii na Zachodzie duży wpływ miała teozofia, która jest zlepkiem różnych poglądów i religii: hinduistycznych, buddyjskich, chrześcijańskich i okultystycznych. Teozofowie założyli swój ośrodek w Adiar koło Madrasu. W 1875 r. Helena Bławatska (po powrocie z Indii) i Olcott Steel założyli Towarzystwo Teozoficzne w USA, a stąd z kolei powstawały podobne ośrodki w Anglii i w Niemczech i innych krajach europejskich. Z kolei Hindusi w latach 60. podjęli inicjatywę masowych wyjazdów do USA i odwrotnie: nastąpił ruch hippisów do Indii, którzy z kolei rozpowszechnili kult Kriszny na Zachodzie.

A jak kultura i religia Orientu zostały spopularyzowane w Polsce?

Największą rolę odegrali w tym teozofowie, antropozofowie i masoneria. Przypomnijmy, że św. Maksymilian Kolbe pisał, iż masoneria ma wysyłać swoich kandydatów do seminariów oraz do zakonów, by opanować instytucje i „od środka” rozbić katolicką wiarę. Teozofka, Wanda Dynowska, znana tłumaczka tekstów indyjskich nie tłumaczyła tekstów hinduistycznych zgodnie z duchem hinduizmu, tylko przerabiała je na sposób chrześcijańskiego pojmowania, żeby Polaków zachwycić hinduizmem. Oto, co Dynowska pisze na temat Kriszny: Bóg bezmiaru przestworza, odwieczny, i nieskończony, objawił się - wedle wiary autora Bhagavadgity - najpełniej przed słynną Wielką Wojną Indii w osobie Szri Kriszny – księcia niebywałego geniuszu, niewysłowionego czaru, który był na tle swego wieku największym bohaterem, najrozumniejszym mężem stanu, najdzielniejszym 'bez strachu i zmazy' rycerzem, najwznioślejszym nauczycielem i świętym, najpotężniejszym wodzem i władcą, a zarazem najskromniejszym służebnikiem i przyjacielem człowieka. Szri Kryszna uważany jest za najwyższy wzór, za szczyt człowieczeństwa. Żadna wyobraźnia ludzka wedle najgłębszego przekonania Hindusów nie mogła nigdy stworzyć obrazu geniuszu o tak wszechstronnej wielkości jak Kriszna. Bhagawad Gita – Pieśń Pana, Biblioteka Polsko – Indyjska, Bombaj 1972, s. XI / XII. A zobaczmy w książce Marty Jakimowicz- Shah pt. Metamorfozy bogów indyjskich, (KAW, Warszawa 1983, s. 82-103) oryginalne indyjskie teksty i obrazy Kriszny, jak on jako pasterz "świętych" krów, kradnie, uwodzi pasterki, zabija niewinnego dworskiego sługę, dokonuje zamachu na króla i sam zajmuje jego tron. Jest również w polskim tłumaczeniu książka Artura Bashama pt. Indie od początku dziejów do podboju muzułmańskiego (PIW, Warszaw 1973, s. 362-365), porównajmy oryginały z falsyfikatem " Kriszny-idola" w wersji Wandy Dynowskiej, by się przekonać, jak Polacy zostali oszukani, że już tego idola niektórzy czczą... Jeszcze za czasów PRL-u nawet Politechnika Wrocławska drukowała podobne falsyfikaty pt.: „Wedy". Jednak książki o Krisznie czy Buddzie w czasach PRL-u przedostawały się do Polski głównie „drugim obiegiem”, ponieważ oficjalnie system komunistyczny niby walczył z przejawami religijności, a jednocześnie "zaufani" we współpracy z MSW już w latach 70. XX w. wyjeżdżali do Indii, gdzie mieli hinduistyczne szkolenia w aśramach – tamtejszych ośrodkach kultu. Selekcję kandydatów na te szkolenia prowadził m.in. urzędnik ds. wyznań rezydujący w Polskim Konsulacie w Bombaju. On też tam prowadził Bibliotekę Polsko - Indyjską i drukował w/w falsyfikaty Wandy Dynowskiej (i nie tylko jej), które wysyłał do Lichtenstein, a stamtąd sprowadzało je Towarzystwo Przyjaźni Polsko - Indyjskiej (TPPI) w Warszawie, do którego przed wyjazdem do Indii sama się zapisałam, nie podejrzewając co się za tym kryje, gdyż kierownikiem TPPI był wówczas prezes warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Stąd książki z Lichtenstein wypożyczali również księża i inni katolicy. Tak szło wschodnie "pranie mózgu"…

Siostrę próbowano nawet pozyskać do tajnej współpracy…

Tak, było to w 1973 r. w Bombaju, kiedy starałam się w urzędzie konsularnym o przedłużenie paszportu na pięć lat. Maurycy Frydman, który pełnił wówczas funkcję urzędnika ds. wyznań w MSW, zaproponował mi dobrze opłacaną współpracę. Byłam wtedy młodą kobietą, miałam 35 lat, więc na początku rozmowy dokładnie mnie wypytał, dla jakiej to sprawy tak się poświęcam. Ja argumentowałam, że mój zawód mnie do tego skłania. A on wtedy zaczął mnie przekonywać, żebym się przyłączyła do działań na rzecz szerzenia w Polsce wschodnich religii, "aby Polacy nie byli skazani na chrześcijaństwo" – argumentował. Bardzo mnie zaskoczyło to, co usłyszałam. Przecież z taką żarliwością komuniści wtłaczali nam pogląd, że każda religia to opium… A tu raptem urzędnik ds. wyznań, który aby należeć do partii i zajmować takie stanowisko, musiał się zdeklarować jako ateista, teraz chce szerzyć w Polsce różne religie! Odpowiedziałam mu, że Polacy nie są skazani na chrześcijaństwo, tylko na ateizm. A on na to: „Ateizm jest dobry dla ludzi, którym wystarczy miska i łóżko… A człowiek myślący zastanawia się, skąd się wziął, dokąd zmierza, jaki jest sens życia itp.… A na te tematy odpowiedź dają różne religie - nie muszą być chrześcijańskie, więc niech Polak ma możność wyboru!”.

Partia komunistyczna finansowała szerzenie w Polsce różnych religii…?

Okazało się, że za tymi działaniami stoi organizacja Ordo Templi Orientis (OTO) - Zakon Świątyni Wschodu. Stawiają sobie oni właśnie za cel rozpowszechnianie dawnych religii. Ordo Templi Orientis zobowiązało się finansować utrzymanie w aśramach dla tych, którzy podejmą się nauczać tych religii w Polsce. Na tych samych warunkach przechodzili szkolenia kandydaci z ZSRR. Organizatorzy nie pokrywali jednak cen biletów, więc każdy musiał przylecieć do Indii na swój koszt.

Do jakich perswazji miałaby się Siostra uciekać, żeby zrealizować cele tajemniczej organizacji?

Moją rolą miało być zapraszanie wybranych przez nich kandydatów na placówkę misyjną, by dopiero na miejscu organizatorzy mogli omówić z ochotnikami warunki współpracy i skierować ich do odpowiedniego aśramu. Ich rodziny nie podejrzewałyby nawet, że ci ludzie nie pracują na placówce misyjnej. Frydman zapewniał mnie, że pieniądze będą mi przesyłać na konto w Lichtensteinie, by ani w Polsce ani w Indiach nikt się o mojej współpracy nie dowiedział. Powiedział, że chcą przeszkolić ok. 60 ludzi rocznie. Zapytałam dlaczego sam ich nie zaprosi, zamiast mnie płacić. Ten odparł tak: „My chcemy młodzież wierzącą, bo niewierzących nie będzie interesować żadna religia. A jeżeli w Polsce jest młodzież wierząca, to ma wierzących rodziców, więc jak ja zaproszę, to rodzice będą swoją młodzież pytać, po co

ten komunista cię zaprasza? A jak pani zaprosi – to na misje!” I mówi dalej: „A ksiądz tacę zbierze i bilet kupi… Nam się bardziej opłaca zapłacić pani 300 dolarów miesięcznie, niż 60 razy po 450!" - bo wtedy bilet powrotny do Indii tyle kosztował. Poza tym w Polsce był przepis, że ktoś, kto zaprasza do kraju poza blok komunistyczny, ma pokrywać powrotny bilet osobie zaproszonej w dewizach. Tylko misjonarze mogli opłacać podróż w polskiej walucie. Więc za pieniądze zebrane w kościele, zaproszeni przyjechaliby do Indii i dopiero w Bombaju po odpowiedniej umowie, ci którzy zdecydowaliby się na współpracę, byliby kierowani pod inny adres. Zakończyłam moją dyskusję z Frydmanem argumentem, że zaproszenie na moją placówkę może wysłać tylko miejscowy biskup, bo taką mam z nim umowę.

Czy próbowano później zapobiegać temu, aby Siostra nie ujawniła swojej wiedzy przed hierarchami Kościoła w Polsce?

„Miażdżyli” mnie różnymi oszczerstwami. Zaraz po powrocie do kraju, w 1980 r. zgłosiłam się do sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski, abp. Bronisława Dąbrowskiego i przedstawiłam mu plan Frydmana i Ordo Templi Orientis. Arcybiskup to zupełnie zbagatelizował. Dopiero w zakonie powiedziała mi siostra przełożona, że miała różne kłamliwe ostrzeżenia, żeby mnie do zakonu nie przyjmowano. Zrozumiałam wtedy, dlaczego sekretarz episkopatu nie miał do mnie zaufania.

Po powrocie do Polski wstąpiła Siostra do Zgromadzenia Sióstr Dominikanek Misjonarek Jezusa i Maryi i poświęciła się Siostra wyłącznie ewangelizacji.

Na początku prowadziłam zajęcia dla studentów misjologii na ATK (późniejszy UKSW) i uczyłam religii w punktach katechetycznych. Nadal przyglądałam się temu, w jaki sposób różne grupy próbują ukształtować duchowość Polaków. W 1980 r. Wyższa Szkoła Nauk Społecznych (uczelnia podległa MSW, wcześniej była to Wyższa Szkoła Marksizmu i Leninizmu ale nazwa nie budziła pozytywnych skojarzeń więc została zmieniona) prowadziła roczny kurs z religioznawstwa. Religioznawstwa nie było wtedy na żadnym uniwersytecie, nie organizowało go Ministerstwo Oświaty, a jedynie MSW. Byłam ciekawa, czego uczą na tym religioznawstwie? Postanowiłam się zapisać na ten kurs. Kiedy wypełniałam formularz zgłoszeniowy okazało się, że potrzebna była też przynależność partyjna… Proszę zobaczyć – mogłam studiować wszystkie działy wiedzy na wszystkich uniwersytetach, ale żeby studiować religioznawstwo, musiałam mieć przynależność partyjną! A, że jej nie miałam, nie zostałam przyjęta. Doszłam wtedy do wniosku, że najlepsza partia to Kaznodziejski Zakon, żeby w ogóle móc ewangelizować i zapobiegać szerzeniu religijnego fałszerstwa. Wstąpiłam do zakonu dominikańskiego, bo św. Dominik za główny cel postawił nam głoszenie prawdy w obronie wiary katolickiej przed herezjami.

Według danych Centrum Myśli Jana Pawła II aż 26 procent dorosłych Polaków wierzy w reinkarnację. Jak wiara w reinkarnację ma się do nauczania Jezusa?

Jezus w Ewangelii wyraźnie podkreślał, że wszyscy ludzie zmartwychwstaną – jedni do chwały, drudzy na potępienie (por. J 5,29). Mówił, że każdego czeka sąd ostateczny. Kiedy wierzymy w reinkarnację, to robimy z Jezusa kłamcę. W Piśmie Świętym jest napisane: Wybierajcie życie albo śmierć, błogosławieństwo albo przekleństwo (Pwt 30,15-20) – albo, albo. Odbyłam kiedyś ciekawą rozmowę z pewnym czcicielem Kriszny, którego przekonywałam, że jego wiara w reinkarnację jest błędna. Tłumaczył mi, że tak naprawdę o tym, co nas po śmierci spotka, przekonamy się dopiero po śmierci. – Czy pan sądzi, że po śmierci spotka nas inny los – zapytałam go – że pan w coś się wcieli a ja stanę przed sądem? Czy raczej wierzy pan w to, że po śmierci oboje staniemy wobec tej samej rzeczywistości i ktoś z nas będzie rozczarowany? On przyznał, że po śmierci staniemy wobec tej samej rzeczywistości. – No dobrze – próbuję do niego jakoś dotrzeć – jeżeli ja jem mięso, nie przestrzegam nauki Kriszny i po śmierci wcielam się w jakiego potwora, to potwór zdechnie i moja dusza wejdzie później w jakieś inne wcielenie i w jeszcze następne, i jeszcze kiedyś w życiu będę mogę trafić na drogę, która według pana jest prawdziwa i mam szansę szczęście osiągnąć. A jeśli pan się myli - nie stosuje się do Jezusowej nauki, czci falsyfikat Boga, Krisznę a okaże się, że to nieprawda – nie ma odwrotu… Jego „zatkało”. Powiedział, że musi sobie w tym życiu to wyjaśnić. Jak się później dowiedziałam, wynik jego poszukiwań był taki, że został katolikiem.

Po śmierci spotka nas jednakowa sytuacja – wszyscy staniemy na Sądzie Bożym. Czy gorliwego hinduistę i chrześcijanina, który wierzy w reinkarnację spotka ten sam los?

Kościół tak uczy: Którzy bez własnej winy nie znając Ewangelii Chrystusowej i Kościoła Chrystusowego, jednak szczerym sercem szukają Boga i wolę Jego przez nakaz sumienia poznaną (…) starają się pełnić czynem, mogą osiągnąć zbawienie wieczne” (KK, 16). Kiedy chrześcijanie dopuszczają się apostazji, popełniają zdradę Judasza – im większa miłość zdradzona, tym większy ból dla Chrystusa. A dla takiego człowieka droga do potępienia. Jezus modlił się na krzyżu: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią (Łk 23, 34a). Modlił się tak nie za Judasza, który Go zdradził, ale za tych pogan, którzy Go ukrzyżowali. Przebacza, i jeszcze ich usprawiedliwia. Inna jest więc sytuacja niechrześcijan, którzy nie wiedzą że ich wierzenia są sprzeczne z Prawdą Objawioną, a inna chrześcijan porzucających Kościół.

Rozmawiała Emilia Drożdż

S. Michaela (Zofia) Pawlik OPur. W 1938 r. w Ryglicach, woj. małopolskie. Ukończyła Szkołę Pielęgniarstwa p.w. św. Wincentego a’Paulo w Warszawie, Instytut Wyższej Kultury Religijnej na KUL oraz socjologię na Karnatak University w Dharward. W latach 1967 – 1980 pracowała w Indiach jako pielęgniarka. W 1981 r. wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Dominikanek Misjonarek Jezusa i Maryi. Jest autorką książek, artykułów i prelekcji na temat zagrożeń dla duchowości chrześcijańskiej, które mają swoje źródło w okultyzmie i we wschodnich religiach.

18.02.2014, 8:23

Komentarze (23):

Wojo Lut 18, 2014, 9 rano

Bardzo to ciekawe i warto aby wiedziała o tym młodzież, ich rodzice.

brat Kefas Lut 18, 2014, 9:41 rano

Najlepsze to:
Maurycy Frydman urzędnik ds. wyznań w MSW : "Ateizm jest dobry dla ludzi, którym wystarczy miska i łóżko… A człowiek myślący zastanawia się, skąd się wziął, dokąd zmierza, jaki jest sens życia itp.…"

PiotrZW Lut 18, 2014, 9:44 rano

To prawda, co mówi ta siostra. W naszym Duszpasterstwie Akademickim ksiądz mocno promował tego rodzaju "ekumeniczne" ideały. Dawał mi do czytania ksiązki jezuity o nazwisku Lotz i jeszcze jednego, którzy doszukiwali się coś wspólnego w buddyjskiej i chrześcijańskiej medytacji, a nawet my chrześcijanie mieliśmy sie od nich, buddystów, uczyć. Rozdawał książkę jakiegoś benedyktyna pt. "Chrześcijański Aśram", chyba Bede mu było na nazwisko. Dzieł tego Lotza nie byłem w stanie czytać, tak mi to było obce. "Chrześcijański Aśram" nawet mnie przekonywał. Zachwyciłem się wtedy biografią M. Ghandiego.

Miałem jednak kolegę, który pod wpływem wykładowcy na KUL, niejakiego Cyrana, przeszedł na hinduizm. Po studiach pojechał do Indii i tam chyba z pięć lat praktykował ichniejszą medytację. Potem tam nawrócił się jednak na chrześcijaństwo. Dzisiaj wykłada filozofię na uniwersytecie. Zawsze się wściekał, bo ja nie rozróżniałem hinduizmu od buddyzmu, a to dwie zupełnie inne... religie (?)

To była taka moda. Kiedy czytałem potem, w latach osiemdziesiatych, zapiski mojego przyjaciela Andrzeja Szyji, niewykluczone, że zamordowanego przez SB, stwierdziłem, że patrzymy na świat wręcz identycznie, a on przecież był formowany w DA w Katowicach, gdzie naczelnym "duszpastrzem" była Halina Bortnowska z "Tygodnika Powszechnego".

To były takie mody. Dwaj inni moi koledzy, dzisiaj zakonnicy, angażowali się w ruch charyzmatyczny, który do Gliwic przynieśli prowadzący (pastorzy?) zbór protestancki w Gliwicach państwo Królowie. Nie mogłem się zdobyć, żeby tam pójść, bo taką mam strukturę psychiczną, ze nie lubie się publicznie obnażać. Dzisiaj, w mojej parafii, ludzie z całej Polski raz na kwartał wylewają z siebie wszystko, co najintymniejsze wobec kilkusetosobowej, może nawet tysiącosobowej publiki.

PiotrZW Lut 18, 2014, 10:01 rano

Piszę o Andrzeju Szyji, gdyż z jego zapisków wynika, iż patrzył na świat przez pryzmat treści zawartych w "Chrześcijańskim Aśramie", autorem był - już sobie przypomniałem - Bede Grifits, Anglik. Niewiele, a raczej nic się ta perspektywa buddyjsko-benedyktyńska przydała w Solidarności, w której się zaangażowaliśmy. Wbrew powierzchownym porównaniom (walka bez użycia przemocy itp.) są to dwa odległe światy.

kasiurka Lut 18, 2014, 10:41 rano

Jakże się cieszę, ze zamieszczono ten tekst na frondzie, czytałam wszystkie książki s. Pawlik i sprawdzałam na ile mogłam inf dotyczace ludzi i organizacji które wymienia, przerażenie ogarnia zwłaszcza gdy sie wchodzi na strone internetowa O.T.O. od razu wiadomo z kim ma sie do czynienia.........

pokaż więcej komentarzy

Najnowsze artykuły:

 
 
reklama

Najczęściej czytane

reklama

Najczęściej komentowane

reklama
facebook