reklama
reklama

O. Leon Knabit przestrzega przed Świadkami Jehowy

O. Leon Knabit przestrzega przed Świadkami Jehowy
Fot. Piotr Drabik, lic. CC-BY-SA-2.0 via Wikipedia (zdj. edytowane)
reklama

Problematyka bardzo często poruszana w naszej ojczyźnie i nie tylko u nas. Na takim prymitywnym stopniu rozeznania zagadnienia słyszymy:kociarze, kici-kici, trzeba ich przepędzać z domu, nie gadać z nimi, pomyjami oblać. I to niekiedy nie tylko się mówiło, ale i wykonywało. Pogarda, traktowanie jak wrogów i to w dodatku śmiesznych, a może niedouczonych. Wrogowie uczciwego katolika, porządnego. Przerysowuję odrobinkę, bo z grzechem walczymy, a człowieka kochamy. Najpierw trzeba uszanować, że ktoś może mieć inne poglądy i że ktoś z może prezentować inne wartości, inne podejście zarówno do Biblii, jak i do życia. Problem jest wtedy, kiedy trzeba skonfrontować naukę świadków Jehowy z naszą nauką, katolicką. I wtedy trzeba podejść od strony praktycznej.

Nie mam zamiaru tutaj rozpracowywać dokładnie nauki świadków Jehowy. Może kiedyś przyjdzie na to czas. My, katolicy, księża może trochę mniej, ale ludzie świeccy szczególnie, nie mamy tylu wiadomości z dziedziny religijnej, co mają świadkowie Jehowy. Oni na ogół bardzo dobrze znają Pismo Święte. Wiele cytatów umieją na pamięć. Kwestia zastosowania tej umiejętności, to sprawa do dyskusji, ale umieją. W wielu sytuacjach zwracają uwagę na autentyczne zło, które jest w Kościele. I teraz my, katolicy, jeśli nie zawsze znamy aż tak Pismo Święte, żeby swobodnie się w nim poruszać, przynajmniej w tych cytatach, które są przez nich podawane, a jednocześnie nieraz z zapałem bronimy Kościoła i jego ludzi wtedy, kiedy trzeba uderzyć się w piersi, to często w bezpośredniej dyskusji przegrywamy. I słabość naszej wiary powoduje, że albo się irytujemy, albo chętnie nadstawiamy ucha i mówimy: „Oni tak w gruncie rzeczy mają rację”. I potrafimy dać się zepchnąć z dobrej drogi, po której może niezbyt pewnie idziemy, rzecz fałszywej (to trzeba powiedzieć otwarcie), po której pewna grupa ludzi może iść z całkowitą pewnością. Są nieliczni, chociaż mówią, że ich liczba tu i ówdzie rośnie, a w mniejszej grupie o wiele łatwiej zachowywać się porządnie niż w większej. Jak jest parę rodzin, dwanaście, piętnaście osób w jakiejś wspólnocie parafialnej, to rzeczywiście dbają, pilnują się nawzajem, żeby ich moralność była poprawna. I małżeństwa, nawet i niesakramentalne, dbają o przyzwoitość, dobre wychowanie dzieci, także pewną kulturę w zachowaniu się, żeby nie używać wulgarnych słów. A teraz weźmiemy katolików – kilka, kilkanaście tysięcy osób w parafii, to wiadomo, że też znajdzie się u nas pięćdziesiąt, sto, tysiąc, może dwa porządnych ludzi podobnych pod względem rygoru moralnego do świadków Jehowy. A poza nimi może być pięćset, sześćset ludzi nie na poziomie, którzy albo nie znają doktryny, albo reagują prostacko i grubiańsko na wszystko, co inne, nawet jeśli sami tego, co nasze, nie znają do końca i nie praktykują. Trzeba sobie też zdawać sprawę z tego, że świadkowie Jehowy są nastawieni ofensywnie. Oni są bardzo mocni w ataku i często tak postępują, że poruszają jakiś temat i kiedy próbuje się go drążyć, to zaraz przeskakują na inny. I tak można mówić bez końca, bo Pismo Święte ma parę tysięcy stron, myślę o mniejszym formacie. Do końca życia byśmy nie skończyli przeskakiwać z tematu na temat. Dlatego należy spokojnie drążyć ten, od którego zaczęliśmy rozmowę, i zobaczyć, dokąd się jeszcze zgadzamy. Bo w wielu miejscach w Piśmie się zgadzamy, choć dość szybko rozpoczyna się inna interpretacja. Jest im też dosyć trudno odpowiedzieć na pytanie: a co było przed powstaniem świadków Jehowy? Przecież pierwsze księgi Pisma Świętego powstały jeszcze przed narodzeniem Chrystusa. Kanon ksiąg świętych powstał w pierwszych wiekach chrześcijaństwa i został zamknięty na Soborze Trydenckim w XVI w. A świadkowie Jehowy zaczęli swoją działalność dopiero w XIX w. kiedy zada się to pytanie, wtedy jakoś się gubią w wywodach. Nie potrafią odpowiedzieć. Czyżby nie było przez te wszystkie wieki prawdziwego Kościoła? Czyżby nie było autentycznego tłumaczenia Pisma Świętego? Przecież Pismo Święte wzięli od chrześcijan. Nie mogli wziąć z innego źródła. I nie ma znaczenia, czy od protestantów, katolików, czy prawosławnych. Zależy, gdzie się odszczepili od pnia chrześcijańskiego.

Kiedyś rozmawiałem z nimi w Tyńcu, w Podgórkach na lekcji religii. Zaprosiłem ich, chyba była ich trójka, a wcześniej powiedziałem do młodzieży: „Nie wtrącajcie się, bo oni Pismo Święte znają lepiej od was, zostawcie mnie dyskutowanie i tylko patrzcie na metody dyskusji. Czy jest poprawna, czy nie ma manipulacji tekstami i tak dalej. Słuchajcie”. Dwie godziny minęły, jak z bata strzelił, i młodzi uznali, że rzeczywiście moi goście w pewnych miejscach się pogubili. Mnie, choć była ich trójka,nie „zagięli” na niczym. Sprawa była jasna. Najmniej dawali radę wtedy, kiedy ich się prosiło o odpowiedź. Czyli, inaczej, kiedy ich się atakowało. Pamiętam, zwróciłem im też kiedyś uwagę na prywatnym spotkaniu. Zaczęli mówić: „Ojciec Leon, ojciec Paweł, ojciec proboszcz, a w Piśmie Świętym jest powiedziane: Nikogo nie nazywajcie ojcem, prawda. Macie tylko jednego ojca, który jest w Niebie (Mt 23,9). Więc ja zapytałem: „Czy w ogóle nikogo nie wolno nazywać ojcem? Absolutnie”. „Tak, nikogo, bo Pismo Święte tak powiedziało. Pisma trzeba słuchać”. ”Dobrze, ale dzieci mówią „ojcze”, „tatusiu”. Im wolno?”. „Tak, bo on je spłodził”. Na co ja mówię: „No, ale jak nikogo, to nikogo. Ale jeśli chcecie, to są rozmaite rodzaje płodzenia. Można też i duchowo. Święty Paweł mówi wyraźnie: choćbyście bowiem mieli dziesiątki tysięcy wychowawców w Chrystusie, nie macie wielu ojców, ja to właśnie przez Ewangelię zrodziłem was w Chrystusie Jezusie (1 Kor 4,15). A więc jest ojcostwo duchowe”. To zaczęli szukać w Piśmie Świętym. Odnaleźli w Biblii Tysiąclecia i wtedy powiedzieli: „To my będziemy musieli się starszych zapytać”. Czyli ich wiedza tutaj już nie sięgała.

Jeśli naprawdę nie czujemy się na siłach, żeby odeprzeć zarzuty, to nie dyskutujmy. Chociaż jak uczyłem młodzież religii, to ci, którzy ukończyli dobrze szkołę średnią, mówili: „Nie boje się dyskusji ze świadkami Jehowy. Już wiem jak im odpowiedzieć”. Ważne, żeby odmowa dyskusji była taktowna. Przepraszam, nie rozmawiamy. Bez wymyślania. A jeśli dyskusja, to spokojna, poważna, z uszanowaniem człowieka. Żeby oni widzieli, że miłość nieprzyjaciół, którą Chrystus nam dał, pomaga nam z każdym porozmawiać, każdego uszanować. Wiem, że, niestety, nie wszyscy świadkowie Jehowy są tacy łagodni. Czasem jak się zdenerwują, to krzyczą, grożą: „Będziecie potępieni!”. Ale wtedy to już wychodzą z siebie, jak to się mówi, i piłka ich po ich stronie. Ale my nie dajmy wyprowadzić się z równowagi. Pogłębiajmy naszą wiarę, życie religijne, żeby nikt nam nie zarzucił, że jesteśmy złymi świadkami Chrystusa, i stanowczo, zdecydowanie – ale z szacunkiem dla nich i ich wiary – nie poddawajmy się ich argumentacji, a wręcz prośmy Boga o ich nawrócenie. Wielu z nich się nawróciło i szczegółowo opisywali potem to, co się tam dzieje wewnątrz. Jak widzieli, że tamto nauczanie to była niepełna nauka Boża. Pismo interpretowane w niewłaściwym duchu. Według zasad, które nie wytrzymały krytyki na podstawie doktryny ogólnie przyjętej w Kościele i opierającej się o natchnienie samego Ducha Świętego.


Leon Knabit OSB „Ojca Leona słów kilka”
7.01.2017, 16:00

Najnowsze artykuły:

 
 
facebook