reklama
reklama

Niesamowita historia: Nasz 19-tygodniowy syn żył tylko kilka minut po urodzeniu, ale poruszył tysiące istnień

Niesamowita historia: Nasz 19-tygodniowy syn żył tylko kilka minut po urodzeniu, ale poruszył tysiące istnień
Walter żył tylko 19 tygodni (Fot. http://www.f2photographystudio.com/Family/FRETZ-PERSONAL)
reklama Niesamowite świadectwo Lexi Fretz: Płakałam w tym momencie bardzo głośno, ale on był idealny. Całkowicie ukształtowany i wszystko było na swoim miejscu. Widziałam jak bije jego serce w małej piersi.

Wraz z Joshuą trzymaliśmy go i płakaliśmy nad nim i spoglądaliśmy na naszego idealnego, malutkiego syna. Pielęgniarki i lekarz opuścili nas byśmy mogli spędzić z nim chwilę samemu. Niestety, co jakiś czas odzywał się alarm od kroplówki, więc moja pielęgniarka musiała raz po raz wchodzić by to sprawdzić, ale zachowywała się wspaniale, przepraszająco przez cały ten czas.

Piątek 14 czerwca, nie okazał się taki jak się spodziewałam.

Rozpoczęłam dzień od pedicure z przyszłą panną młodą i swoją bardzo dobrą przyjaciółką Megan wraz z jej mamą Cathy i wszystkimi druhnami. Mieliśmy przyjemny lunch i kilka obowiązków do wypełnienia, po czym zmierzałyśmy do domu by zacząć przygotowywać się do próby. Poczynając od poprzedniego wtorku, doświadczałem lekkiego plamienia. To nie było nic dużego i ciemno-brązowego, zwyczajne zdarzenie podczas ciąży. Nigdy nie czułam żadnego bólu. W piątek zauważyłam, że plamy zaczęły się robić trochę bardziej różowe. Kiedy wróciłam do domu by zabrać sprzęt fotograficzny na próbę, postanowiłam zadzwonić do położnej by poznać, co sądzi o plamieniach, tylko po to by się uspokoić. Wiedziałam, że jutro będę cały czas na nogach, prawdopodobnie jakieś 12 godzin. Zadecydowała, że najlepiej będzie udać się na SOR by sprawdzić, bardziej dla mojego własnego spokoju niż z jakiego innego powodu. Z Michaylą miałam tzw. łożysko przodujące, więc oboje byliśmy lekko zaniepokojeni, że to znów może być ten problem. Zadzwoniłam do Josha, który właśnie wyszedł do parku z dziewczynkami, a on zabrał dziewczynki i zmierzał z powrotem do domu.

Opuściliśmy Flora ok. piętnastej i zmierzaliśmy w kierunku rekomendowanego szpitala w Kokomo, który był około 45 minut drogi stąd. Po drodze dzwoniliśmy do naszych rodziców by ich poinformować. Dotarliśmy na SOR i zostaliśmy przyjęci na oddział. Mogłam ocenić, że pielęgniarka bardzo chciała bym była powyżej 20-ego tygodnia. Procedury są takie, że każdy poniżej 20 tygodnia pozostaje na SOR, a w innym przypadku jest kierowany prosto do położnika. Byłam w 19 tygodniu i 3 dniach. Kiedy usiedliśmy w poczekalni, było wiele kobiet, które przyszły i wyszły, gdyż były powyżej 20-ego tygodnia, a ja siedziałam czekając. W końcu przyjęto nas około piątej i kiedy się przebrałam momentalnie poczuliśmy bicie serca. Myślę, że było to ok. 160 uderzeń na minutę. Usłyszawszy bicie serca, natychmiast się uspokoiłam i siedziałam w oczekiwaniu na pojawienie się lekarza. W końcu pojawiła się pielęgniarka i powiedziała, że lekarz zaraz wróci i przeprowadzi badanie pochwy i skieruje mnie na badanie USG. Potem znów siedzieliśmy i czekaliśmy... aż w końcu pojawił się lekarz i powiedział, że nie będzie przeprowadzał badania pochwowego i, że pójdę od razu na USG, po czym odszedł. W tym momencie była 17:30 i Josh musiał uciekać na próbę, ponieważ miał prowadzić jutrzejszą ceremonię. Oboje byliśmy podekscytowani, że będzie USG, mając nadzieję, że dowiemy się przez co przechodzimy. Planowo zapisaliśmy się po powrocie do domu w środę, na rutynowe badanie wynikające z 20-ego tygodnia.

O 18 nowa pielęgniarka weszła i podała mi trzy szklanki wody i powiedziała bym je wypiła przed USG, po czym wyszła. Włączyłam TV i zaczęłam oglądać "House Hunters". Przypuszczałam, że nie będę miała możliwości dokończyć 30-minutowego odcinka, gdyż wcześniej przyjdą po mnie, ale bardzo się myliłam. Kilka minut po 18 zaczęłam odczuwać nagłe ukłucia bólu. Pod koniec półgodzinnego programu, wiedziałam już, że rodzę. Nie było żadnej wątpliwości, ponieważ już to w przeszłości przeszłam.

Nie mogłam siedzieć w łóżku, ponieważ ból był zbyt intensywny. Dzwoniłam do mojej pielęgniarki, ale nie przyszła. Po 10 minutach zadzwoniłam ponownie i w końcu zjawiła się. Oczy wychodziły mi na wierzch z bólu, a przez ciało strumieniem płynęły wszystkie możliwe emocje. Nie byłam psychicznie przygotowana na to by rodzić i wszystko we mnie walczyło. Nie chciałam, by ten poród miał teraz miejsce. Kiedy w końcu się pojawiła nie wyglądało na to by uwierzyła, że trwa poród i powiedziała, że pójdzie po lekarza, po czym wyszła. Czułam jakby mnie umieszczono w kącie pokoju i pozostawiono samemu sobie. Żadnej pomocy, żadnego współczucia, nic. Nie byłam w stanie zadzwonić do matki ponieważ nie było zasięgu. Mogłam zasmsować do Joshuy, ponieważ oboje mamy iPhone'a i miałam sygnał sieci bezprzewodowej, ale nie chciałam go martwić, gdyż wiedziałam, że musi poprowadzić próbę.

Chwilę po dziewiętnastej Josh opuścił kościół, który znajdował się 20 minut stąd. Zostałam zabrana na USG mniej więcej w tym samym czasie. Technik USG była pierwszą osobą, która się mną zaopiekowała i, która była dla mnie miła. Nie żeby inni byli niegrzeczni, ale nie poświęcili mi ani chwili więcej, aniżeli powinni. Bardzo szybko odnalazła bicie serca, co było pokrzepiające. Nie była w stanie powiedzieć mi niczego więcej. Błyskawicznie przeprowadziła badanie, a zanim wyszła skonsultować się z radiologiem, znalazła inną osobę, która przy mnie usiadła. Nie rozmawialiśmy, ale było pocieszające, że ktoś przy mnie był. Kiedy poszłam do łazienki by się oczyścić z żelu, było o wiele więcej krwi i w tym momencie całkowicie się załamałam. Joshua przybył akurat w momencie, gdy wieźli mnie z powrotem do mojego pokoju. Ktoś na niego czekał, by natychmiastowo przyprowadzić do mnie. Techniczka USG upewniła się, że uda się mu mnie znaleźć. Kiedy wróciliśmy do pokoju, musiałam ponownie skorzystać z toalety i kiedy doń weszłam, techniczka odwróciła się do Josha i powiedziała: "Przykro mi, i nie chcę by [żona] widziała mnie płaczącą, ale będę się za was modliła", po czym przytuliła go i wyszła. Było ok 19:20, gdy wróciłam do pokoju.

Od tego momentu nie było już żadnych przerw pomiędzy skurczami. Były bardzo intensywne i kiedy tylko jeden się kończył, następny zaczynał. Przeszłam już poród i dorastałam słysząc wiele opowieści od mojej matki, która pomagała w domowych porodach, a teraz jest pielęgniarką oddziału położniczego. Uczestniczyłam również w kilku, w związku z obowiązkami fotografa, więc wiedziałam, jak to jest słyszeć w głębi siebie, że to koniec. Nie porzuciłabym nadziei, ale w głębi serca wiedziałam, że tracę moje dziecko. W pewnym momencie jedna z pielęgniarek weszła i powiedziała: "Twój płód jest wciąż zdolny do życia." Szczerze, chciałam ją spoliczkować. Przynajmniej była trochę bardziej współczująca aniżeli lekarz, którego nigdy więcej nie zobaczyłam. Powiedzieli mi, że odeślą mnie na górę, gdzie założą mi na macicę szew okrężny, co trochę podniosło mnie na duchu (taki zabieg ma bowiem zamiar udaremnić przedwczesny poród - przyp. tłum.).

Od tego momentu wszystko zaczęło się stawać niewyraźne. Do gabinetu lekarza położnego na górze, zabrano mnie w końcu ok. 20. Byłam w tak ogromnym bólu, że nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Każdy kto mnie zna wie jak nienawidzę igieł i, że mam tendencję do mdlenia. Trzeba było trzech prób i wiele krwi na mych ramionach by ostatecznie podłączyć mnie do kroplówki. Nie obchodziło mnie to ani trochę. Lekarka przebadała mnie i usiadła obok na łóżku, informując, że będziemy przeprowadzać poród. To był pierwszy raz, kiedy ktokolwiek nazwał go dzieckiem.

Natychmiast zaczęłam krzyczeć i pytać czy jest inna możliwość. Była bardzo miła, ale jednocześnie bardzo niezadowolona z faktu, że w SOR powiedziano mi o zakładaniu szwów. Żeby można było przeprowadzić szycie, nie można znajdować się w trakcie porodu, jak było w moim przypadku. Miałam bardzo powiększony brzuch, a wody płodowe pęczniały. W tej sytuacji nie było innej możliwości. Ciągle przepraszała i była tak miła, jak wszystkie pielęgniarki razem wzięte. Nie potrafię nawet powiedzieć ile osób znajdowało się w pokoju i robiło mi różne rzeczy, ale nigdy nie pozostawiono mnie samej i zawsze ktoś przy mnie był. Zaoferowano mi lek przeciwbólowy, na który wyraziłam zgodę i wtedy ból zaczął trochę słabnąć. Wciąż był bardzo silny ze względu na skurcze, ale pomiędzy nimi mogłam poczuć chwilową ulgę. Joshua opuścił pokój by przekazać straszne wieści moim rodzicom i siostrom, znajdującym się na wakacjach w Outer Banks, a także jego rodzicom. Wtedy kochana Megan, której głowę zaprzątał przecież jutrzejszy ślub, przyszła zobaczyć jak się czujemy. Była tam, rozmawiając i płacząc ze mną, kiedy me wody odeszły.

Walter był ułożony podłużnie więc czekaliśmy by wody same odeszły, by pozwolić naturze działać w swoim własnym tempie. Nie wiem w którym momencie zaczęłam przeć, ale po tym jak wody odeszły, nie czułam skurczów, więc musiałam przeć kilkanaście razy by wydobyć takie malutkie ciałko. Urodził się o 21:42 i podano mi go, tak szybko, jak szybko odcięto pępowinę.

Płakałam w tym momencie bardzo głośno, ale on był idealny. Całkowicie ukształtowany i wszystko było na swoim miejscu. Widziałam jak bije jego serce w małej piersi. Wraz z Joshuą trzymaliśmy go i płakaliśmy nad nim i spoglądaliśmy na naszego idealnego, malutkiego syna. Pielęgniarki i lekarz opuścili nas byśmy mogli spędzić z nim chwilę samemu. Niestety, co jakiś czas odzywał się alarm od kroplówki, więc moja pielęgniarka musiała raz po raz wchodzić by to sprawdzić, ale zachowywała się wspaniale, przepraszająco przez cały ten czas. Cathy i moja szwagierka Rachel powróciły do szpitala by przynieść rzeczy, które potrzebowałam. Miały możliwość potrzymania Waltera. Byliśmy bardzo wdzięczni, że Rachel przyjechała do nas, by zająć się dziewczynkami w związku ze ślubem, dzięki czemu Cathy i Megan nie musiały oprócz wszystkiego co się działo, mieć na głowie dwojga przedszkolaków. W pewnym momencie, pomiędzy północą, a pierwszą musiałam być zabrana na salę operacyjną, z powodu kłopotów z łożyskiem. Były tam dwie kobiety, które przyszły by mi towarzyszyć przez cały ten czas bym nigdy nie była sama. Pierwsze co zrobiły, to pomodliły się nade mną, co było niesamowite. Zabieg przebiegł pomyślnie i wkrótce byłam z powrotem w swym pokoju, uśpiona z powodu leków i narkozy.

Cokolwiek dobrego powiedziałabym o lekarzach i pielęgniarkach, którzy byli ze mną, będzie niewystarczające. Ani razu nie użyli słowa "płód". Modlili się ze mną, płakali, i byli na każde moje zawołanie. Nawet w chwili największego bólu, czułam się przez nich kochana. Otoczyli nas tak wspaniałą opieką. Skontaktowali się z lokalnym domem pogrzebowym i byli gotowi zająć się wszelkimi formalnościami jeśli chcielibyśmy go zabrać do domu. Ostatecznie zdecydowaliśmy, że zostanie skremowany. To była najłatwiejsza i najlepsza dla nas możliwość. Moja lekarka zadało sobie wiele trudu, by odpowiedzieć na wszystkie moje pytania. Poświęciła nawet czas by osobiście porozmawiać z moją położną i dała mi swój numer, w razie gdyby moja mama, pielęgniarka ginekologiczna miała jakieś pytania. Nie musiała tego robić, a ja bardzo to doceniłam. Opuściliśmy szpital z wieloma książkami i błyskotkami, by z ich pomocą wspominać naszego syna. Zadbały o to by każda z dziewczynek miała pamiątki po bracie. Niedługo po powrocie do domu otrzymaliśmy wspaniałą pocztówkę z podpisami wszystkich pielęgniarek i lekarki, która się mną opiekowała. Więc o ile czułam się sama i porzucona w SORze, to obszar oddziału ginekologicznego był niesamowity. Zachęcili nas by podtrzymać i nawiązać więź z naszym synem. Właściwie, on opuścił nasz pokój, kiedy byłam w sali operacyjnej i potem powrócił z nami do domu, do czasu gdy zgłosił się po niego dom pogrzebowy.

Serce mi się kraje, gdy słyszę historie o ludziach, którym nie pozwolono zobaczyć ich dziecka. To byłoby tak absolutnie druzgocące! Trzymałam go, tuliłam, kiedy jego serce biło. Trzymałam go blisko mojego serca, liczyłam palce u jego nóg i całowałam jako główkę. Zawsze będę dobrze wspominać chwile z nim spędzone.

Następnego ranka, Rachel przyprowadziła do szpitala dziewczynki. Nie miałam nigdy wątpliwości, że dziewczynki powinny zobaczyć swojego braciszka. Michalya była szczególnie podekscytowana dzieckiem i bardzo chciała mieć braciszka. Wiedziała, że coś nie było w porządku i wciąż pytała Rachel, a potem swego tatusia, o dziecko, kiedy przyprowadził je do pokoju. Wciąż pytała czy z nim wszystko w porządku i czy możemy je zabrać do domu. Emmie zajęło trochę dłużej przetrawienie tego, co jej mówiłam o tym, że Jezus zabrał dziecko ze Sobą do nieba, ale także zrozumiała. Jednakże szybko się odsunęła i pomimo informowania losowo napotkanych ludzi, że nasze dziecko nie żyje, nie mówiła o tym dużo. Michalya to z kolei zupełnie inna historia. Była całkowicie zdruzgotana i wciąż płakała. Zadawała tak wiele pytań i było dla niej bardzo trudne, gdy nie umieliśmy udzielić odpowiedzi. Joshua miał do przeprowadzenia ceremonię. Gdybym była w stanie, to zadbałabym o zdjęcia. Było dla mnie trudne, że nie mogłam dopełnić swojego zobowiązania. Wiem, że nie zależało to ode mnie i nikt nie miał mi tego za złe, ale wciąż mi to przeszkadza.

Nadal nie wiemy dlaczego i jak to się stało. Moja położna osobiście rozmawiała z lekarką, która się mną zajmowała w Indianie. Kiedy skończą z formalnościami, otrzymamy wszystkie wyniki i raporty. To mogła być kwestia łożyska, być może skutki uszkodzeń, które poczyniła Emma podczas narodzin. To mógł być przedwczesny poród lub masa innych rzeczy, o których nie wiemy czemu i jak się zdarzyły. Jeśli kiedykolwiek znowu zajdę w ciążę, podjęte zostaną specjalne środki ostrożności. To kolejny obszar, który jest nam nieznany. Musieliśmy odbyć wiele wizyt do specjalista w Frederick, by w końcu począć Waltera. Tak wiele kwestii do przemyślenia...

Bardzo się cieszę, że Joshua zszedł do samochodu i przyniósł nasz aparat. Początkowo nie chciałam żadnych zdjęć, ale teraz są to jedyne rzeczy, które pozwalają mi spojrzeć w przeszłość. Wciąż jestem zszokowana jak wiele ludzi dzieliło się tymi zdjęciami i je komentowało. W swoim króciutkim życiu poruszył tak wiele żywotów, nie byłabym sobie tego kiedykolwiek w stanie wyobrazić. Otrzymywałam wiadomości od ludzi w całym kraju, którzy doświadczyli utraty lub wzruszyli się naszą historią. Kilkoro osób powiedziało mi nawet, że tych zdjęć użyli by dotrzeć do osób rozważających aborcję. Tylko dlatego, że nie możemy zobaczyć dziecka, które jest w nas, nie oznacza, że to zlepek komórek. Walter był idealnie uformowany i bardzo aktywny w łonie. Gdyby miał choćby kilka tygodni więcej miałby może szansę by wywalczyć życie. Nie wiem czemu Pan zabrał go do domu, ale ufam Jego perfekcyjnemu wyczuciu czasowemu. Mogę nigdy nie wiedzieć dlaczego, ale jest dla mnie pocieszeniem, że wiem, gdzie on jest, i że znów go zobaczę. Teraz jest ze swoim Ojcem w Niebie, który kocha go miłością niezmierzenie większą niż ja, jako jego ziemska matka, kiedykolwiek bym mogła.

 
 
 
Proszę, nie krępujcie się dzielić naszymi zdjęciami. Przy całym naszym bólu, jestem zadowolona, że jakieś dobro z tego wyszło. Modlę się do Pana by wciąż posługiwał się zdjęciami Waltera aby wielu poruszyć.
 
 
Tłumaczył: Maciej Chamier Cieminski/LSN
23.09.2016, 18:00

Najnowsze artykuły:

 
 
facebook