O co chodzi? Otóż o to, że często określenia zwierząt w odniesieniu do ludzi są uznawane za pejoratywne. I to właśnie chciałby zmienić Gzyra. „Kilka lat temu jedna z fundacji przygotowała cykl plakatów mających w zamierzeniu piętnować przemoc wobec zwierząt. Na jednym z nich widać stereotypowo ukazaną starszą kobietę, która w wyraźnej złości zamierza się laską na psa trzymanego na smyczy. Właściwie chyba na sukę. Napis na plakacie brzmi: „I kto tu jest suką?”. Na reszcie plakatów z tego cyklu pojawiają się podobne pytania: „I kto tu jest bydlęciem?”, „I kto tu jest zwierzęciem?”. Plakaty wzbudziły konsternację wielu osób.Dyskusja, która wówczas się rozpętała, po raz kolejny pokazała, jak ważny jest język, którym mówimy o ofiarach i osobach dyskryminowanych. I jak łatwo zapomnieć, że jest ważny. Owszem, były głosy, że plakaty są niejednoznaczne. Jednak faktem jest, że suka w języku potocznym często bywa określeniem kobiety wrednej, zołzy. I że suka, samica psa, wcale nie jest z natury wredna. Jest – delikatnie mówiąc – niesprawiedliwe używać jej nazwy jako obelgi czy pejoratywnego określenia ludzkich cech” - przekonuje.

I uzupełnia: „bydło to nazwa zwierząt, które ludzie w bezwzględny sposób wykorzystują dla swoich potrzeb. Nie ma powodu, żeby używać tej nazwy do określenia nikczemności ludzi. Krowy i cielęta nie bywają nikczemne. To nie one niewolą innych i nie one odbierają innym życie w rzeźniach. Zbydlęcenie człowieka nie oznacza przejęcia złych cech krów. To, co określa się mianem zbydlęcenia, było i jest ludzkie. A „uczłowieczony” nie jest automatycznie nobilitacją, podobnie jak „człekokształtność” nie jest czymś na kształt ideału, jakim ma być człowiek”.

Z tego właśnie powodu Gzyra chciałby zmienić język. „Język potoczny maskuje również fakt, że sami jesteśmy zwierzętami. Nie mamy możliwości być bardziej zezwierzęceni, niż jesteśmy. Jednak zezwierzęcenie ma być określeniem upadku człowieka. Równie dobrze mogłoby określać to, co w nas wartościowe. Oczywiście, istnieje długa tradycja nazywania wrogów – a więc potencjalnych ofiar – w sposób ich deprecjonujący, w tym określanie ich właśnie mianem zwierząt. Robimy to dla wygody wyrządzania krzywdy. Nasz sposób mówienia o zwierzętach jest kłamliwy. W tekście English and Speciesism Joan Dunayer pisze: „Obecnie mylący język legitymizuje i maskuje instytucjonalne znęcanie się nad zwierzętami pozaludzkimi. Za pomocą szczerych, bezstronnych słów możemy przywrócić im wolność i należny im szacunek” - dodaje.

I stwierdza: „Słowa mogą być i są aktywizmem wplecionym w niezliczone relacje pomiędzy ludźmi, sytuacje społeczne i komunikaty wszelkich możliwych mediów. Częścią zmiany świata będzie więc również zaniechanie używania na przykład takich określeń, jak „zwierzęta doświadczalne”, „cyrkowe” lub „rzeźne”. Niosą w sobie piętno instrumentalnego traktowania zwierząt. Nie mówimy przecież w tych i podobnych przypadkach o rzeczywistych i przyrodzonych cechach zwierząt. Raczej o roli, która jest im narzucona, w większości przypadków wbrew ich woli”.

TPT/Krytykapolityczna.pl