Całość wywiadu szkoda analizować, gdyż każdy zna poglądy Hartmana na temat katolicyzmu polskiego w sferze publicznej. Ale warto skupić się na jednej bardzo niestety bulwersującej opinii pana Hartmana. Profesor UJ mówi, że "naturalną rzeczą jest, że ludzie wierzą i modlą się. Tylko silnie racjonalne osobowości mogą sobie pozwolić na życie bez wiary religijnej, co zwykle człowieka dużo kosztuje. Łatwiej wierzyć, że jest się pod opieką dobrego ducha i będzie się żyło wiecznie, niż mieć świadomość, że życie się kończy". Stwierdzenie pogrubione jasno komunikuje, że każdy katolik (i osoba religijna) to po prostu człowiek o nikłej, czasami wręcz zerowej racjonalnej osobowości. Wynika z tego, że nie powinna przysługiwać im tzw. godność osoby ludzkiej, gdyż podstawowa definicja osoby mówi: Substancja indywidualna o naturze racjonalnej (naturae rationalis individua substantia).
Hartman przekonuje również w rozmowie, że "mimo iż ludzie potrzebują religii - państwo powinno być w pełni świeckie". Czyli osoby nieracjonalne mogą jednak uczestniczyć w życiu państwowym, z tymże w swoich prywatnych domach, nie wychodząc ze swoją religijnością do sfery publicznej.
Najlepsze jest jednak stwierdzenie pana profesora na temat indoktrynacji religijnej w przedszkolach: "Dzieci są surowo karane za nieuczestniczenie w katechezie, a kara polega na tym, że dziecko jest wyprowadzane z sali. Dziecko odbiera to jako upokorzenie. Rodzice nie mają wyjścia - muszą się godzić na udział ich dziecka w katechezie". Tego nie będę komentował, gdyż takie pomówienia zasługują na milczenie. Dodam, że jako nauczyciel etyki w szkole podstawowej nieustannie jestem indoktrynowany przez rodziców dzieci które uczę, by nauczać ich nie etyki, nie moralności ale pokazywać, że religia jest niepotrzebna i szkodliwa. Tego jednak moje sumienie mi nie pozwala, wręcz uczę dzieci czym jest dobro i zło.
Jan Hartman nie jest już profesorem ale użytecznym cynikiem, któego prosi się o komentarz w momencie w którym trzeba wywołać mini skandal w maxi sprawach.
Sebastian Moryń
