reklama
reklama

Ateista wobec cudu eucharystycznego nie może przejść obojętnie

Ateista wobec cudu eucharystycznego nie może przejść obojętnie
fot. fidesetratio.pl
reklama

Z o. Zbigniewem Deryłą OFMConv rozmawia Bernadeta Grabowska

źródło: Niedziela

O ile ateista może mieć poznawcze wątpliwości co do realnego istnienia — hic et nunc — Jezusa Chrystusa w Najświętszej Eucharystii, o tyle — jeśli kieruje się pragnieniem poszukiwania prawdy — po prostu nie może przejść obojętnie wobec faktu istnienia cudów eucharystycznych. Jeden z nich — cud w Lanciano — jest w stanie rzucić na kolana najzatwardzialszych niedowiarków. Dlaczego? O cudzie wiecznej Miłości Jezusa Chrystusa do człowieka, który objawił się ponad XII wieków temu w małym, włoskim miasteczku, mówi o. Zbigniew Deryło OFMConv.

Bernadeta Grabowska: W jakich okolicznościach doszło do cudu w Lanciano?

O. Zbigniew Deryło OFMConv: Cud w Lanciano jest pierwszym, odnotowanym w historii Kościoła cudem eucharystycznym. Wydarzył na początku VIII w., czyli ponad 1250 lat temu, w małym kościołku po wezwaniem świętego Legoncjana. Wówczas do Lanciano z Konstantynopola przybyła grupa mnichów bazyliańskich, w obawie przed prześladowaniem religijnym, które wyrażało się m.in w zakazie czczenia świętych ikon. Prześladowani wierzący uciekali w różne strony świata. Wśród mnichów, którzy przybyli wówczas do Lanciano był kapłan, bazylianin, o którym dziś powszechnie mówi się, że zwątpił w rzeczywistą obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii. W sanktuarium św. Franciszka w Lanciano wiszą tablice kamienne z 1636 roku, które podają, że mnich ten przeżywał głęboki kryzys swojej wiary. Jak czytamy: mnich „modlił się, aby Pan usunął tę ranę niewiary z jego serca”. Pod wątpliwość tych wniosków można podać fakt, że informacja o stanie ducha mnicha próbuje się wysnuć prawie dziesięć wieków po jego śmierci. Osobiście nie podzielam tego zdania. Mnich najprawdopodobniej przeżył tzw. „noc duchową, wewnętrzną”, jakiej doświadczało wielu wybitych postaci — świętych i doktorów kościoła, takich jak św. Teresa, św. Faustyna, św. Franciszek czy św. Matka Teresa z Kalkuty. Dodatkowo przybywając do Lanciano, spotkał się z silnym nurtem, głoszącym, że Jezus Chrystusa nie ma realnie w Eucharystii, ale tylko symbolicznie. To bez wątpienia był dla Niego cios, który w jego duszy mógł wysnuć szereg pytań i wątpliwości: „Czy Pan Jezus jest obecny w Najświętszym Sakramencie cały czas, czy tylko przez chwilę?” Jego pytania jednak nie świadczyły o tym, że zwątpił, lub przestał wierzyć, ale że na miarę swojej ludzkiej natury próbował zrozumieć to co go samego przekracza, jednocześnie trzymając się ściśle tej Tajemnicy, nie odstępując od niej. „Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy.” (Hbr 11, 1) Doświadczenie tzw. „nocy duchowych” ma miejsce zawsze wtedy kiedy Bóg chce dać Kościołowi jakiś wielki dar. Osoba, która została wybrana przez Niego musi przejść gruntowane oczyszczenie, wyzbyć się wszystkich ziemskich przypadłości, po to, aby stać się bardziej podobną Bogu. Proszę zauważyć jeszcze jedną rzecz. Mnich nie mógł wątpić. Jeżeli byłoby inaczej, to dziś wystarczyłoby tylko wątpić, a wokół będziemy mieli masę cudów...

W jakich okolicznościach doszło zatem do cudu eucharystycznego w Lanciano?

Cud wydarzył się podczas sprawowania Najświętszej Ofiary, w małym, włoskim miasteczku Lanciano położonym na południe od Pescary. Mnich, po konsekracji, kiedy wymienił słowa „Bierzcie i jedzcie, to jest moje Ciało... Bierzcie i pijcie, to jest moja Krew” — zobaczył, że hostia zamienia się w ciało, a wino w kielichu krew. Proszę sobie spróbować wyobrazić co on w tamtej chwili mógł czuć i myśleć, tak po ludzku. Dłuższy czas milczał i stał w bezruchu. Potem serce jego zaczęło napełniać się radością Boża, która niejako kazała mu oznajmić o tym cudzie innym. Po jakimś czasie zawołał: „Patrzcie, oto prawdziwe Ciało i Krew Pana naszego Jezusa Chrystusa, które uczynił widzialne dla mnie w tym celu, abym nie był już niedowiarkiem lecz wierzącym, wejdźcie i zobaczcie, jaki cud się dokonał”. Na podstawie tych słów można wnioskować, że ten człowiek zrozumiał, iż jest to odpowiedź zarówno dla niego, jak i dla innych. Pan Jezus przyszedł przypomnieć, że codziennie na ołtarzach świata, podczas każdej Mszy Świętej, ofiarowuje siebie za nas, dokładnie tak jak 2000 lat temu na Golgocie. Codziennie umiera z miłości do Ciebie i do mnie...

Co działo się dalej z cudem? Jak zareagowali współbracia mnicha?

Kilka dni po cudownym wydarzeniu, mnisi zauważyli, że cudowne ciała Pańskie się kurczy. W trosce o cud przybili Ciało Pańskie wokół 12 gwoździkami do specjalnego, kosztownego materiału z myślą, żeby je zachować w kształcie hostii dla przyszłych pokoleń. Do dzisiaj dzięki ich rozsądnemu działaniu cudowne Ciało z Lanciano ma okrągły kształt hostii. Najświętsza Krew Chrystusa podzieliła się natomiast w pięciu osobnych grudkach. Każda z nich jest nieco inna pod względem wielkości i kształtu. Skrzepnięta krew ma kolor ziemisty, jest bardzo twarda. Jej łączna waga to 15,85 gramów. Ciało Pańskie przybrało kolor lekko brunatny, kiedy oświetli się ją od strony tylnej nabiera różowego odcienia.

Czy zachowały się jakiekolwiek dokumenty historyczne z tamtego okresu, świadczące o cudzie?

Niestety nie, wszystkie poginęły, z różnych powodów. W Lanciano dwa razy doszło do trzęsienia ziemi, na przestrzeni wieków miały miejsce również częste pożary i grabieże. Ostatnich łupów na klasztor i sanktuarium w Lanciano dokonała armia napoleońska, która zrabowała pozostałe dokumenty o cudzie... Cud eucharystyczny został uznany oficjalnie przez Kościół 17 lutego 1574 roku decyzją biskupa Lanciano, Rodrigueza Gaspere. Poddał on wtedy zakrzepłą krew badaniom, które dowiodły, że pięć jej fragmentów waży tyle samo, co jeden.

Czy cud z Lanciano został poddany badaniom?

W 1970 r. i w 1971 r. pod kierunkiem prof. dr. Odoardo Linoli ordynatora Szpitala Riuniti w Arezzo, eksperta w dziedzinie anatomii histopatologii, chemii i diagnostyki laboratoryjnej Uniwersytetu z Arezzo oraz prof. dr. Ruggero Bertelli z Instytutu Anatomii Prawidłowej Uniwersytetu ze Sieny pobrano próbki z Ciała i Krwi i poddanno je licznym badaniom. Badania były bardzo dokładne, trwały dwa lata. 4 marca 1971 w Sanktuarium św. Franciszka w Lanciano podano do opinii publicznej, że „cudowne ciało z Lanciano jest cząstką ludzkiego ciała. Cudowna krew jest ludzką krwią.” Z przeprowadzonych badań wynikało, że ciało składa się z tkanki mięśnia sercowego miocardon, Ciało i krew mają tą samą grupę krwi AB. W cudownej krwi odkryto żywe białka, takie jakie spotyka się w żywej krwi ludzkiej. Stwierdzono też obecność substancji mineralnych takich jak chlorki, fosfor, magnez, potas, sód i wapń. Cudowna krew i ciało przetrwały w bardzo dobrym stanie dwanaście wieków, co z punktu widzenia naukowego, racjonalnego jest po prostu niemożliwe. Pomimo niesprzyjających czynników biologicznych, atmosferycznych” nie znaleziono w nich (na nich) śladów konserwantów, czy balsamowania. Następna istotna rzecz. Udowodniono, że cudowne Ciało z Lanciano jest to jak gdyby przekrój mięśnia serca — z góry na dół — wycięty sam środek serca. Dzisiaj, przy tak zaawansowanej technice byłoby nam trudno to wykonać, wyciąć taki fragment serca, a co dopiero dwanaście wieków temu... Cudowne ciało z Lanciano to konające serce. Dlaczego się skurczyło? Otóż serce kiedy umiera kurczy się. To serce ludzkie przekrojone wzdłuż, które chciało się zamknąć. Prof. Linoli w swoim raporcie pisze, że „fragment Ciała jest przekrojem serca i jest to absolutnie widoczne, że mamy do czynienia z prawą i lewą komorą”. Mnisi przybili je gwoździkami, a ono zachowało się jednak zgodnie z naturą, zamykając się niejako odwrotnie, na boki. Wydaje się, że środek jest dziurawy, jednak gdy się dobrze Mu przyjrzy, to można zobaczyć cieniutką błonkę, która łączy całość. To serce, które — kurczy się i zamyka. To serce umierające z miłości dla nas... Po licznych i dokładnych badaniach naukowych stwierdzono, że grupa krwi z Lanciano jest taka sama jak na świętym Całunie Turuńskim. Prof. Linoli podaje, „jest to ta sama grupa krwi co Człowieka ze Świętego Całunu z Turynu i to jest szczególne, ponieważ na zachodzie, jest raczej charakterystyczna dla człowieka urodzonego i żyjącego w Środkowym Wschodzie”. W 1981 roku, aby potwierdzić autentyczność cudu i dotychczas przeprowadzone badania poddano ponownie Go licznym i skrupulatnym ekspertyzom naukowym. W 1991 roku ONZ wysłało nawet swoją komisję lekarską, by przebadała cud z Lanciano. Stwierdzono jednoznacznie, że wszystkie dotychczasowe wnioski naukowe są prawdziwe.

Jak dziś przechowywany jest cud z Lanciano?

Cudowne ciało i krew Pana naszego Pana Jezusa Chrystusa, czyli cud z Lanciano od 1713 roku jest przechowywane w specjalnym, pięknym relikwiarzu. w kościele św. Franciszka w Lanciano. Relikwiarz składa się z dwóch części. Cudowna krew znajduje się w dolnej części, tj. kielichu z kryształu górskiego. Na ściankach tego kielicha wygrawerowane są drzewa oliwkowe. Jest to nawiązanie do ogrodu Getsemani i bolesnej Męki Chrystusa. Grudki krwi wyglądają jak góra, na której Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel przelał swoją krew za nas. Po bokach widzimy dwóch Aniołów Cherubinów. Jest to nawiązane do Arki Przymierza, która była pilnowana przez dwóch wyrzeźbionych aniołów. Tutaj nie ma jednak rzeczy, bo aniołowie adorują samego Pana, w swoich dłoniach trzymając wstęgę z napisem: Tantum ergo sacramentum veneremur cernui. U góry nad kielichem istnieje małe przejście między Hostią konsekrowaną, a Krwią. Jest tam wygrawerowana drabina, gwoździe, młotek, obcęgi, kogut, a pod nimi napis: „Oto wielka tajemnica wiary, odsłonięta kiedyś kapłanowi — ofiarowuje Dominik Coli — 1713 r. Ta symbolika mówi sama za siebie. Wszystkie te narzędzia służyły do Męki Pańskiej. Chrystus jest prawdziwie obecny, realny w Najświętszym Sakramencie. To ten sam Pan, który modlił się w Getsemani, który przeżył Mękę i cierpiał na Krzyżu. Eucharystyczny cud w Lanciano wskazuje na żywą obecność Jezusa w Eucharystii. Wzywa nas do wiary, do otwarcia się na przyjęcie daru nieskończonej miłości Zbawiciela ofiarowanej nam w Eucharystii.

Czy mógłby podzielić się Ojciec swoim doświadczeniem pobytu w Lanciano?

W Lanciano dane mi było być prawie pięć lat. To wielka łaska, dar, ale i zobowiązanie. Moja posługa w Lanciano wyrażała się w spowiadaniu, ale i opowiadaniu o cudzie eucharystycznym przybyłym do sanktuarium pielgrzymom. W ciągu tych pięciu lat byłem świadkiem wielu niesamowitych sytuacji, rozmów z ludźmi. Nie rzadko sami podchodzili i prosili o chwilę rozmowy. Pan Bóg działa niesamowicie w tamtym cudownym miejscu. Przyjeżdżają tu ludzie prości, ale i wykształceni. Duchowni i świeccy. Wierzących i ci, którzy tej wiary poszukują. Pamiętam jak kiedyś podszedł do mnie pewien Pan i powiedział: „Proszę Ojca chciałabym z Ojcem porozmawiać”. Nie było wówczas ludzi, spokojnie mogliśmy usiąść przy Relikwiarzu. W pewnym momencie mężczyzna zaczął mówić: Proszę Ojca, to, że ja żyję to jest cud Jezusa Eucharystycznego. Bardzo cenię sobie to sanktuarium św. Franciszka. Byłem narkomanem, złodziejem, opętanym przez złego ducha. Pogubiłem się kompletnie. To co mnie uratowało, to jest cud eucharystyczny z Lanciano. Kiedy Go po raz pierwszy zobaczyłem zrozumiałem, że Pan Jezus za każdym razem daje się nam całego siebie w Eucharystii. Zapragnąłem żyć inaczej. Miłość Chrystusa podniosła mnie z moich upadków, zacząłem żyć na nowo. Dziś jestem chodzącym cudem... Jestem Panu Bogu niezmiernie za to wdzięczny. Po chwili dodał, Ojcze, gdyby ludzie wiedzieli jak bardzo szatan boi się świątyń, w których jest wieczysta adoracja. On nie chce, żeby ludzi byli świadomi, że jest tam ukryty żywy i realny Pan, który kocha i czeka na każdego człowieka. Kościół w Lanciano jest szczególnie znienawidzony przez złego ducha, bo to on pobudza wiarę i potrząsa świadomością ludzi. Takich niesamowitych historii, jest naprawdę bardzo wiele... Każdy kto nawiedza sanktuarium przynosi w sercu swoje intencje, zanosi je Panu Jezusowi, a On przemienia nasze życie. Przypomina mi również spotkanie z pewnym małżeństwem z USA. Pamiętam, że pomimo, iż byli już w sędziwym wieku, ich oczy były pełne szczęścia i nadziei. Swoją radością mogliby obdzielić wielu ludzi. Na pewno to, co zwróciło moją uwagę, to to, że oddali głęboki pokłon przed Relikwiarzem. Po krótkiej rozmowie z Nimi dowiedziałem się, że mężczyzna był kiedyś diakonem baptystą. Trzy lata temu ponownie przyjął chrzest katolicki. Zrezygnował z wszystkich funkcji w Kościele baptystów. Proszę sobie wyobrazić, że kiedyś z wielką zaciętością w sercu zwalczał prawdę o rzeczywistej obecności Jezusa w Eucharystii. Kpił z wiary katolików, szukając wszelkich argumentów, które mogłyby podważały tajemnicę naszej wiary. Napisał nawet doktorat na ten temat. W pewnym momencie coś jednak pękło w nim, odczuł olbrzymi smutek i żal z powodu zła, które wyrządził przeciw Panu Jezusowi, ukrytemu w Najświętszym Sakramencie. Odczuł wielką miłość do Eucharystii. Pan Bóg upomniał się o niego bardzo mocno i pozwolił mu do siebie wrócić. Dzisiaj to małżeństwo każdego dnia jest na Mszy Świętej, która stała się najważniejszym ogniwem dnia.

Jaki stosunek do Lanciano miał święty Jan Paweł II?

Proszę sobie wyobrazić, że ostatnio przeczytałem w wydanych notatkach osobistych Jana Pawła II, ze Ojciec Święty w 1964 roku zaplanował sobie pielgrzymkę do San Giovani Rotondo, do św. Michała z Góry Gargano i do Lanciano. Znamienne jest to, że przy Lanciano postawił wykrzyknik. To mnie bardzo uderzyło. Św. Jan Paweł II w 1973 r odwiedzając sanktuarium Cudu Eucharystycznego w Lanciano, którego stróżami są Bracia Mniejsi Konwentualni, poświęcił około 3 godzin na modlitwę, adorację oraz znalazł czas na serdeczną rozmowę z o. Luigi. Bardzo często słyszałem od o. Luigiego „wiesz Zibi, co mnie najbardziej urzekło z tego spotkania, to to że kardynał Karol Wojtyła nie tylko tak wiele czasu i uwagi poświęcił Cudowi Eucharystycznemu, On podszedł do mnie i chciał ze mną się spotkać, przyjął moje zaproszenie na kawę, był bardzo życzliwy, miał czas dla mnie zwykłego zakonnika, wiele pytał na temat Cudu oraz na temat naszego życia w sanktuarium. Prosił o modlitwę za siebie oraz za Polskę. Tak sobie myślę, że Jego postawa pomogła mi zrozumieć, że każdy kto we właściwy sposób spotyka się z Eucharystycznym Jezusem ten naprawdę umie spotkać się z drugim człowiekiem”. Jan Paweł II pozostawił po sobie bardzo wymowny zapis w księdze pamiątkowej: „Spraw, abyśmy w Ciebie bardziej wierzyli, Tobie ufali i Ciebie kochali”...

Czy nauka pomaga czy przeszkadza w budowaniu naszej wiary?

W cuda należy wierzyć, ale nie wolno tylko na nich budować swojej wiary. Odwołam się do słów proboszcza św. Bernadety z Lourdes, który powiedział, że człowiek wierzący nie potrzebuje cudów. Człowiek niewierzący, sceptyczny, z kolei chociażby na jego oczach działy się największe cuda, nie przekonają go. W Dzienniczku św. Faustyny Kowalskiej Pan Jezus mówił często, że wybieramy się w dalekie miejsca, uczestniczymy w licznych pielgrzymkach, aby znaleźć tam Chrystusa. Tymczasem Jezus jest obecny i żywy w każdym kościele. Czeka tam codziennie na chwile spędzone z człowiekiem. W Ewangelii św. Mateusza czytamy, że Pan Jezus mówi, że pereł nie rzuca się pomiędzy wieprze. Niestety zapomnieliśmy, ale to o nas jest mowa. Kiedy jesteśmy zamknięci, kiedy kurczowo trzymamy się swoich wizji na temat pewnych faktów, to nic nie pomoże. Tak jak Pan Jezus powiedział nawet gdyby ktoś z umarłych powstał do nich, nie uwierzą. Profesor Odorado Linoli w swoim końcowym raporcie napisał: „Prawdą jest, że naukowe wyniki po prostu potwierdzają fakt, że człowiek, skoro jest człowiekiem, jest powołany, aby przeczytać, zrozumieć fakty oraz ich znaczenie w swoim życiu. W ten sposób fakt staje się znakiem. Cud Eucharystyczny z Lanciano jest znakiem Bożym. (...) Cud nie daje wiary, lecz pozostaje darmowym darem Bożym, który zaprasza człowieka. Nawet jeśli cud nie daje wiary, to na pewno jest jak lampa, która oświetla horyzonty. Jednakże od człowieka zależy, czy pozwoli sobie zbliżyć się ku wieczności, czy pozostanie w swoim małym i ciemnym świecie”.

„To wielka tajemnica naszej wiary”, która przekracza nasz rozum. Czy dziś człowiekowi jest łatwiej uwierzyć w cuda, w Boską interwencję w ludzkie sprawy?

Chciałbym podzielić się z Państwem pewnym świadectwem. Zanim trafiłem do Lanciano, do chwili wypadku posługiwałem w Tanzanii, w miejscowości Mwanga. W uroczystość Bożego Ciała, wedle tamtejszego zwyczaju, sprawowałem Najświętszą Ofiarę, nie w kościele, a na środku wioski. Po Mszy Św. odbyła się tradycyjna procesja z Panem Jezusem głównymi uliczkami miasteczka. Kiedy szliśmy przez Mwangę, spostrzegłem, że przechodzimy obok domu pewnej gorliwej chrześcijanki, której nie było na procesji. Kobieta walczyła z nieuleczalną chorobą. Pan Jezus podpowiedział mi, żeby ją odwiedzić. Wszedłem do Niej z monstrancją, z dziewczynkami sypiącymi kwiatki i ministrantami. Zobaczyłem Ją — była umierająca, leżała w półmroku, wychudzona i wynędzniała. Kiedy mnie zobaczyła, Jej oczy rozbłysły. Resztkami sił wykrzyknęła: Mój Boże, Ojciec przyniósł mi mojego Pana. Mój Pan przyszedł do mnie. Jestem taka szczęsliwa. Kobieta usiłowała się podnieść, ale nie była w stanie. Leżała na posadzce i powtarzała nieustanne: Mój Pan przyszedł do mnie. Moja miłość jest tutaj. Postawiłem przy Niej Monstrancję. Objęła Ją swoimi szczupłymi rękoma. Po policzkach płynęły jej łzy. Na jej wychudzonej i zniszczonej twarzy jaśniały oczy, w których ukryta była prawdziwa radość. Pobłogosławiłem Ją i wyszedłem. Ruszyliśmy procesją dalej. W pewnym momencie zauważyłem rozpędzony samochód, który jechał prosto na nas. Panowie, którzy nieśli baldachim nad Panem Jezusem uciekli, zostałem sam z Monstrancją na środku drogi. Po boku jezdni wykopane były rowy, którymi miała spływać woda. Nie miałem nawet gdzie uciekać. W duchu powiedziałem Panu Jezusowi, że nie chcę uciekać z Nim po tym brudnym błocie i jeżeli taka jest Jego wola, abym z Nim zginął, to zginę. Będzie to dla mnie zaszczyt i wielka łaska. Podniosłem wyżej Monstrancję i szedłem przed siebie. Tymczasem samochód - jechała całą parą na mnie. W pewnym momencie zaczął jednak gwałtownie hamować. Droga była bardzo wąska — ok. 2 metry szeroka i rowy dookoła. Hamując z piskiem skręcił uderzając mnie lusterkiem bocznym. Przeskoczył za rów i pojechał dalej. Po chwili przybiegł do mnie przyjaciel, który szedł z nami procesji. Zapytał jak się czuję. Odpowiedziałem, żeby szybko biegł na policję i powiedział, że ją proszę ich by nie bili tego sprawcy. Zazwyczaj odbywa się to w ten sposób, że obicia są tak dotkliwe, że aż śmiertelne. Ruszyliśmy dalej z procesją. Po Mszy Świętej na plebanię przyszedł szef policji z dwom policjantami i zapytał: „Ojcze co mamy z nim zrobić? Czy możemy go zbić?” Poprosiłem ich, żeby tego nie robili, tylko przetrzymali go kilka dni i wypuścili na wolność. Warunkiem łagodnego potraktowania miało być to, że mężczyzna miał stawić się na niedzielnej Mszy Świętej w naszym kościele. Policjanci zareagowali śmiechem. Ojcze on na pewno nie przyjdzie, odpowiedzieli. Jeżeli nie przyjdzie, powiedziałem, to powiedzcie, że możecie Wy sami wymierzyć mu karę. Tydzień potem młody człowiek pojawił się na niedzielnej Mszy Świętej. Po niej zaplanowane było modlitwa uwielbienia i adoracja Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Wszystko trwało dość długo, bo około czterech godzin. Po zakończonych modlitwach poprosiłem go, aby do mnie przyszedł. Mężczyzna wyszedł na środek, uklęknął i powiedział „Panie Jezu wybacz mi”. Potem zwrócił się w moją stronę i poprosił o wybaczenie. Przytuliłem go po ojcowsku, powiedziałem, że mu wybaczam. Ludzie zaczęli bić brawo. Mahomet, bo tak miał na imię, powiedział, że w tym dniu kiedy jechał na mnie samochodem bardzo chciał mnie zabić. Zaplanował sobie w tym dniu, aby zabić księdza katolickiego. Kiedy jednak jechał rozpędzony samochodem, nagle zwrócił uwagę na „coś” (nie wiedział co to jest) co trzymałem w górze, nad sobą. Blask oślepił go tak mocno, że nie był w stanie patrzeć w górę. Dodatkowo coś zaczęło pchać jego nogę na hamulec, pomimo, że tego nie chciał. Potem kazało odbić mu kierownicę w lewo. Zapytałem: Mahomet, czy Ty wiesz kto to był? Tak, odpowiedział. To był Jezus.

Jak przeżyć uroczystość Bożego Ciała, aby na nowo uświadomić sobie, że to nie tylko barwny korowód: orkiestry, sztandarów, dziewczynek sypiących kwiaty, ale to procesja, w której idzie z nami sam Chrystus, pozostały z nami w Najświętszym Sakramencie.

Moi drodzy, kiedy idziemy w procesji Bożego Ciała starajmy się uświadomić sobie, że z nami jest realnie obecny Pan Jezus. On jest Eucharystią. Nie traćmy czasu na zajmowanie się tym co widzimy w okół nas, nie błąkajmy w naszych myślach, nie myślmy o tym czy o tamtym, starajmy się włączyć we wspólną modlitwę. Zajmujmy się Panem Jezusem, który idzie z nami, nas kocha i nam błogosławi. Slijmy Mu z serca nasze pocałunki wdzięczności. Dziękujmy za dar kapłanów. Prośmy o wzrost w wierze, w miłości i w wdzięczności za dar kapłaństwa. To dzięki kapłaństwu Pan Jezus jest z nami, mieszka wśród nas. Zacznijmy coraz bardziej doceniać dar codziennej Mszy Świętej. Nie ograniczajmy naszego spotkania z Bogiem tylko do niedzielnej Mszy Świętej albo co gorsze tylko do procesji Bożego Ciała.

źródło: Niedziela

Niedziela 25/2014

18.03.2017, 18:20

Najnowsze artykuły:

 
 
facebook